Koronawirus. Tragiczna historia małżeństwa ze Śląska. Razem trafili do szpitala, żona nie przeżyła

2021-04-15 6:42
Wirus zabrał mi żonę
Autor: KASIA ZAREMBA/ SUPER EXPRESS Wirus zabrał mi żonę

Choć trudno w to uwierzyć, ta historia wydarzyła się naprawdę. Pan Jan (74 l.) z Bojszów (woj. śląskie) dwukrotnie przechodził zakażenie wirusem. Pierwszy raz łagodnie, drugi raz – wraz z żoną trafił do szpitala tymczasowego w Katowicach. Małżeństwo leżało niedaleko siebie - dzieliło ich ledwie tylko kilka łóżek. Pan Jan jednak pewnego dnia do izolatorium. Gdy wrócił, jego ukochana żona Krystyna (72 l.) już nie żyła. - Trzy lata temu obchodziliśmy złote gody – mówi mężczyzna, zrozpaczony śmiercią małżonki.

Wszystko zaczęło się w lutym. Żona pana Jana źle się poczuła, miała problemy z oddychaniem. - Kiedy było źle poprosiła córkę, żeby zadzwoniła na pogotowie. Zadecydowano, że musi trafić do szpitala. Ratownik zapytał co ze mną. Odpowiedziałem, że COVID miałem, ale dziwnie się czuje. Okazało się, że znów jestem zakażony. Ratownik kazał się ubrać i powiedział, że jadę z nimi, bo nie będzie wracał za dwie godziny po mnie wracał – zaczyna historię mężczyzna. I tak małżonkowie trafili do szpitala. - Po trzech dniach dostałem biegunki i dali mnie do izolatki. W tym czasie żona bardzo źle się czuła i wywieźli ją pod respirator. Jak wróciłem na swoje miejsce żony już nie widziałem. Była tam ponad miesiąc i niestety zmarła - mówi przygnębiony pan Jan. Pogrzeb odbył się tuż przed świętami. - Nie rozumiem tych ludzi, co nie wierzą w wirusa. Gdyby się dostali do takiego szpitala, w jakim ja byłem to by się przekonali jak to wygląda i jak to jest. W jednym dniu tam 4 osoby przed oczami mi zmarły – mówi pan Jan. - Muszę się pogodzić z tym co się stało. Trzy lata temu obchodziliśmy złote gody. Były plany wszystko się zawaliło – mówi smuto.

NIE PRZEGAP: Samotność na oddziale covidowym. Przykre słowa doktor, "seniorzy umierają w izolacji"

W szpitalu mógł liczyć na pomoc psychologa. O tym, jakie to ważne, mówi nam jeden z psychologów, pracujących na oddziale covidowym. - Śmierć mocno wpływa na samych pacjentów, którzy w wielu polskich szpitalach ostatnie dni spędzają w samotności. Często nie mogą nawet skorzystać z telefonu, gdyż nie pozwala im na to ich stan. Zresztą często nawet boją się chwycić komórkę i zadzwonić, by nie dotarły do nich przytłaczające wiadomości – zaznacza. - Jeden pacjent - 32 latek. W czasie, gdy on był w szpitalu, jego żona zachorowała na covid. Jest z nią źle, ale do tej pory nie zgłosiła się do szpitala. Boi się, że nie nie będzie komu opiekować się dwójką jego dzieci. Innej pacjentce, starszej pani po 70-tce, syn umarł kilka tygodni temu. Nie mogła odwiedzić go w szpitalu. Jest pewna, że jej przytrafi się to samo. Wszyscy się boją, bo wszyscy słyszą, jak ludzie w oddziałach intensywnej terapii umierają sami, bez uścisku dłoni. Jak wywożą sąsiadów na OIOM i już nigdy ich nie widzą. I jak o tym rozmawiać z rodziną? Pomocy psychologicznej w szpitalach nadal jest za mało i trzeba mówić o tym jak najgłośniej się da - kwituje psycholog.

NIE PRZEGAP: Horror na oddziale covidowym w Warszawie! Pacjenci umierają w samotności

Przeszedł dwa razy covida, stracił żonę
Grupa ZPR Media sprzeciwia się głoszeniu opinii noszących znamiona mowy nienawiści przepełnionych pogardą czy agresją. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, powiadom nas o tym, klikając zgłoś. Więcej w REGULAMINIE