Rząd jest stabilny jak nigdy. PiS niewiele ryzykuje - politolog o załamaniu się koalicji

2020-09-22 7:19 Tomasz Walczak
Jarosław Kaczyński
Autor: AP Jarosław Kaczyński

Rząd jest stabilny jak nigdy. Nawet jeśli odejmiemy głosy Solidarnej Polski; nawet jeśli odejmiemy do tego także głosy Porozumienia, to koalicja, która musiałaby powstać, by przegłosować konstruktywne wotum nieufności, byłaby tak egzotyczna, że w zasadzie niewyobrażalna - mówi politolog dr Olgierd Annusewicz.

„Super Express”: - Abstrahując od tego, jak PiS rozprawi się z kryzysem koalicyjnym, jego rządom nie zagraża rychły koniec? Pamiętając to, co wydarzyło się dokładnie 14 lat temu i pierwsze wyjście Leppera z koalicji, tym razem także rozbujanie łódki skończy się rychłym upadkiem rządu?

Dr Olgierd Annusewicz: - Jeśli zdaje pan pytanie, czy rząd jest niestabilny, to odpowiadam krótko: jest stabilny jak nigdy. Nawet jeśli odejmiemy głosy Solidarnej Polski; nawet jeśli odejmiemy do tego także głosy Porozumienia, to koalicja, która musiałaby powstać, by przegłosować konstruktywne wotum nieufności, byłaby tak egzotyczna, że w zasadzie niewyobrażalna. Proszę pamiętać rządy Jerzego Buzka. Co prawda premierem był takim sobie, ale nie było wówczas szans, by powstała inna koalicja, która byłaby w stanie konstruktywnie go przegłosować.

- Są też inne sposoby, żeby rząd upadł…

- Owszem, ale i tu scenariusze są dość nieprawdopodobne. Można by go obalić przegłosowaniem uchwały o skróceniu kadencji Sejmu, ale tu potrzeba 2/3 głosów. To, oczywiście, możliwe, ale wymaga odwagi ze strony opozycji i woli ze strony PiS. Bez spełniania tych dwóch warunków, skrócenia kadencji nie będzie. Jest jeszcze możliwość, że PiS nie uda się przegłosować budżetu. Wtedy prezydent może, ale wcale nie musi skracać kadencji Sejmu. Większość parlamentarna może w najbliższym czasie przestać istnieć albo będzie skrajnie niestabilna, ale rząd raczej nie przestanie istnieć.

- Ewentualny rząd mniejszościowy to nie jest brak stabilności?

- Oczywiście, ma on minimalne szanse, by efektywnie realizować program, bo przy każdej inicjatywie musi konstruować nową większość. Jej zbieranie będzie, owszem, wymagało daleko idących kompromisów po to, by wszystkim, których głosy są potrzebne, dogodzić. Ale np. nie da się wykluczyć, że pojedynczych posłów Solidarnej Polski czy innych ugrupowań opozycyjnych będą przeciągani na stronę rządu. Nawet nieformalnie, by pomagać w przeprowadzaniu ustaw przez Sejm.

- Ale nie ma zagrożenia, że przy tym rozchybotaniu nie wystarczy, jak 14 lat temu, rok, by wszystko rozsypało się jak domek z kart?

- Jeśli PiS podjęłoby decyzję, że idą w przedterminowe wybory, to jest to dla Nowogrodzkiej wymarzona chwila. Opozycja, jakby o tym nie przekonywała, nie jest przygotowana na taki scenariusz. PiS z kolei jest świeżo po wybranych wyborach prezydenckich, ma bardzo dobre sondaże. Z kolei SP i Porozumienie funkcjonują w nich na granicy błędu statystycznego. Gdyby więc Jarosław Kaczyński chciał pozbyć się tych ugrupowań ze sceny politycznej, to lepszego momentu nie ma.

- PiS nie przeżywałby znów traumy utraty władzy jak wtedy w 2007 r.?

- To dwie kompletnie różne sytuacje. Wtedy jednak opozycja była silna, miała wyrazistego lidera i dobrze przygotowanych kandydatów do merytorycznego punktowania PiS. Dziś tego nie ma. To jest ten czynnik, który może w najbliższym czasie decydować o pójściu w tym kierunku. Tego bowiem wtedy zabrakło. PiS udało się wyeliminować LPR i Samoobronę z polityki i przejąć ich elektorat. Różnica też jest taka, że kiedy ten proces Jarosław Kaczyński rozpoczynał, PiS co prawda było liderem sondaży, ale nie miało takiej pozycji i przewagi nad konkurencją jak dziś.

- Rozumiem więc, że chaos, który towarzyszy dziś PiS, jest tylko mylnym wrażeniem, a Jarosław Kaczyński ma wszystko pod kontrolą i cokolwiek nie postanowi, ma szansę na realizację swoich zamysłów?

- Jeśli jest tam jakiś plan, to na pewno jest on całkiem dobrze przemyślany, policzony i ryzyka są dużo mniejsze niż były w 2007 r.

Rozmawiał Tomasz Walczak

Najnowsze