Z aktu oskarżenia wynika, że Waśniewska jest okrutną, wyrachowaną zabójczynią. Już od chwili poczęcia uważała dziecko za ciężar, niemal przekleństwo. W ciąży próbowała się go pozbyć - zdaniem prokuratury zażywała leki, które miały wywołać poronienie. W dodatku paliła bardzo dużo papierosów. Madzia rzeczywiście urodziła się jako wcześniak i lekarze musieli walczyć o jej życie. Ale niechęć do córki ciągle narastała. Waśniewska zanotowała w swoim pamiętniku, że jej nienawidzi.
Decyzja o zabiciu Madzi zapadła 17 stycznia. To tego dnia Katarzyna Waśniewska szukała w Internecie informacji o zaczadzeniu. Trzy dni później tak właśnie próbowała skończyć z dzieckiem. Jednak wszystko spaliło na panewce. Do domu ze spotkania z kolegami przy piwie wrócił bowiem przedwcześnie mąż, Bartłomiej (24 l.). Nieświadomy, że właśnie uratował Madzi życie.
Plany zatem trzeba było zweryfikować. Waśniewska postanowiła córeczkę roztrzaskać o próg sypialni. 24 stycznia przystąpiła do ponurego dzieła. Rzuciła nią o podłogę. Maleństwo straciło przytomność. Aby mieć pewność, że nie żyje, usta i nos zatkała kocykiem lub ręką. Dusiła dziecko przez 4 minuty. Później wyszła z martwą Madzią w wózku i ukryła jej ciałko w płytkim grobie w parkowych ruinach. Wszystko to było na zimno przemyślane i przygotowane.
Poprosiliśmy o skomentowanie prokuratorskich zarzutów Arkadiusza Ludwiczka, obrońcę Katarzyny Waśniewskiej. - Akt oskarżenia uważam za dobry stylowo. Dobrze się go czyta - mówi z kpiną mecenas. - Pełno jest w nim spekulacji, wizji prokuratorskich, ale mało dowodów. Duszenie kocykiem nawet nie jest faktem. Nie ma na to żadnego dowodu. Nawet jednego włókna z koca. To tylko przypuszczenie wywiedzione z tego, że opinia biegłych jako przyczynę śmierci podaje uduszenie bez śladów - dodaje.