Wczoraj w Sieradzu (woj. łódzkie) ruszył proces tego strażnika więziennego, który z zimną krwią zastrzelił trzech policjantów.
Kiedy niemal dokładnie rok temu Bartłomiej Kulesza ( 33 l.), Andrzej Werstak ( 32 l.) i Wiktor Będkowski ( 40 l.) przyjechali do zakładu karnego w Sieradzu, by odebrać stamtąd jednego z aresztantów, nie spodziewali się, że dosięgną ich kule zwyrodniałego szaleńca.
Damian Ciołek, siedząc w swojej wieżyczce strażniczej, dokładnie widział funkcjonariuszy wjeżdżających na dziedziniec. Nagle chwycił za nabity ostrą amunicją karabin Kałasznikowa i zaczął do nich strzelać. Seria za serią. Jego kule zmasakrowały funkcjonariuszy, którzy zakrwawieni padli na ziemię. Dwóch zginęło na miejscu, ale jeden wciąż żył. Niestety, klawisz zabójca nie pozwolił, by lekarz mu pomógł. Policjant skonał w potwornych męczarniach.
- Tego dnia chciał być panem sytuacji, chciał być Panem Bogiem. Wszystko miało od niego zależeć. To on decydował o ich życiu. A oni umierali w straszliwych męczarniach - opowiadała wczoraj prokurator Krystyna Patora (43 l.).
Wdowy po ofiarach - Magdalena Werstak (33 l.), Monika Będkowska (40 l.) i Aneta Kulesza (30 l.) - z trudem tego słuchały. - Żebyś do końca życia cierpiał tak, jak oni cierpieli - krzyczała zrozpaczona Magdalena Werstak.
Zwyrodnialec słuchał tego w spokoju. Tłumaczył, że strzelał, bo słyszał "jakieś głosy". Teraz też powinien usłyszeć głos. Głos sędziego, który skaże go na dożywocie.