Zbigniew S. mieszkał w Czarnem, niewielkim miasteczku na Pomorzu. Samotny rencista był powszechnie lubiany. Sąsiedzi wspominają, że zawsze można było na niego liczyć, pomagał każdemu w potrzebie. Znany był też ze swojej wielkiej pasji - wędkowania. I to ona go zgubiła.
Zbigniew S. często łowił ryby na Jeziorze Rakowym, w lesie pomiędzy Białym Dworem a Sępolnem Wielkim. Jezioro jest starym, pokopalnianym wyrobiskiem ze stromymi, zdradliwymi zboczami i mulistym dnem.
Zobacz: Skradziono samochód niepełnosprawnemu chłopcu. Stonoga włącza się w pomoc
Feralnego dnia pan Zbigniew zamierzał tam wyciągnąć szczupaka. Wszedł do wody i zarzucił wędkę. Nagle zniknął. - Pokrzywdzony utopił się dosłownie 4 metry od linii brzegowej, która w tym miejscu jest bardzo stroma. Dno jest na głębokości około 3 metrów. Zwłoki znajdowały się w pozycji pionowej, zakotwiczone w mule. Mężczyzna nie mógł się wydostać, ponieważ miał ciężkie gumowe buty i nasiąknięte wodą spodnie. Świadkowie próbowali go wyciągnąć, ale nie byli w stanie. Zrobili to dopiero strażacy - wyjaśnia okoliczności tragedii Jerzy Sajchta, rzecznik prasowy Prokuratury Rejonowej w Szczecinku.
Tylko kilkadziesiąt centymetrów dzieliło wędkarza od powierzchni wody i dostępu do powietrza. Szarpał się, próbował wyrwać zassane w mule gumiaki. Zbigniew S. nie dał rady. Zmarł z rękami zesztywniałymi od prób wydostania się na powierzchnię.