Ta zbrodnia wstrząsnęła całą Polską w lutym 2017 roku. Policjanci ze Zgierza dostali informację, że jedna z mieszkanek ulicy Zagajnikowej była w ciąży i najprawdopodobniej urodziła, ale nie wiadomo, co się stało z dzieckiem. Lekarz, który ją przebadał potwierdził, że doszło do porodu. Wtedy do akcji wkroczyli policjanci z psem przeszkolonym do odnajdywania zwłok. Kilkadziesiąt metrów od domu Lidii M.,w lesie, znaleziono przysypane wiadro z ciałem maleńkiego chłopczyka.
Matka została zatrzymana, do aresztu trafił również mieszkający z nią znajomy Jerzy G. (62 l.). Oboje usłyszeli zarzut zabójstwa i stanęli przed sądem. Tam mężczyzna dokładnie opisał horror, który wydarzył się w ich mieszkaniu.
- W pewnym momencie Lidka powiedziała, że rodzi. Kazała mi pobiec po wiadro, takie do mycia. Przyniosłem je. Stanęła nad nim okrakiem i po chwili do wiadra wypadło dziecko. Nie widziałem jego twarzy, spadło główką w dół. Nie wiem, czy oddychało. Potem Lidka powiedziała, żebym je zakopał. Wziąłem szpadel, wykopałem dół i je tam zaniosłem – relacjonował.
Sąd nie miał wątpliwości, że oboje są winni zabójstwa. Groziło im dożywocie, ale usłyszeli stosunkowo niskie wyroki -. Lidia M. 15 lat więzienia, Jerzy G. 11 lat.
- W przypadku oskarżonych mamy do czynienia z wyraźnymi dysfunkcjami i ograniczeniami intelektualnymi. Opinie sądowo – psychiatryczne są tu jasne – tłumaczył sędzia Marek Chmiela.
Prokuratura już zapowiedziała apelację od wyroku.