75-latek nie przyznaje się do winy, a swoją niewinność i przyjaźń do zamordowanego udowadnia w przedziwny sposób. Pan Bazyli z Czeremchy (woj. podlaskie) kilka lat temu w wypadku na kolei stracił nogę. Po przejściu na rentę został sołtysem, był powszechnie lubiany i szanowany. W listopadzie 2016 r. wpadł na kieliszek wódki do swojego sąsiada, emerytowanego kolejarza Władysława B. (75 l.). Pili w towarzystwie jeszcze dwóch innych mężczyzn. Po zmroku odwiedziła ich znajoma. Gości już nie było, gospodarz spał w pokoju obok, a pan Bazyli leżał w kałuży krwi. Kobieta pomyślała, że kaleki 65-latek upadł i rozbił głowę. Pobiegła dwa domy dalej po jego wnuczkę Kamilę Wiszenko (23 l.). - Nie zapomnę tego widoku do końca życia - wspomina 23-latka. Jej dziadek miał poderżnięte gardło i pocięte nadgarstki.Śledczy zatrzymali Władysława B.,ale z braku dowodów musieli go wypuścić po 48 godzinach. Potrzebowali aż roku, by go ponownie aresztować i kolejne pół, by postawić przed sądem. Skuty kajdankami 75-latek w asyście policjantów z trudem pokonywał schody prowadzące do sali rozpraw.
Gdy proces się rozpoczął, sędzia Beata Brysiewicz (47 l.) musiała podnosić głos, aby staruszek w ogóle ją słyszał.
- To był mój najlepszy sąsiad, nigdy się nie kłóciliśmy, nie zabiłem go - zarzekał się 75-latek. - Jak mu pociąg odciął nogę, to nikt inny nie miał odwagi, tylko ja zawinąłem ją w obrus i mu przyniosłem - zeznawał.
Władysław B. już w śledztwie zasłaniał się niepamięcią po wypitym alkoholu. Pamiętał jednak, że feralnego dnia był na grzybach i chciał robić z nich przetwory, a z sąsiadem pili gorzką żołądkową. - Zwykle nie piję, bo biorę leki od serca - wyjaśniał. - Gdybym wtedy nie poszedł spać, toby tego wszystkiego nie było - dodawał. Staruszkowi grozi dożywotnie więzienie. Wyrok już wkrótce.