Wypadek samolotu ze skoczkami. Ofiary płonęły żywcem, błagając o pomoc

2014-07-07 4:00

Wystartowali z lotniska w Rudnikach niedaleko Częstochowy (woj. śląskie) w sobotę ok. godz. 16. Na pokładzie samolotu byli pilot i 11 skoczków spadochronowych z całej Polski. Wśród nich instruktorzy, kursanci oraz dwie osoby, które chciały po raz pierwszy skoczyć na spadochronie w tandemie i wykupiły taką usługę w prywatnej Szkole Spadochronowej Omega z Malawy koło Rzeszowa (woj. podkarpackie), która była organizatorem kursu. Kilka minut później maszyna runęła na ziemię, stanęła w płomieniach.

Z lotniska samolot przeleciał w linii prostej zaledwie 3 km. Spadł na działkę pana Szymona w Topolowie. - Usłyszeliśmy najpierw jęk silników, później huk. Pojawił się dym. Rzuciliśmy się w jego stronę - opowiada pan Szymon. Dodaje, że na początku pomagało mu czterech sąsiadów. Wśród nich starszy sierżant Konrad Kozioł (25 l.). Policjant od tygodnia jest na urlopie, spędza go w rodzinnej miejscowości.

- Gdy zobaczyliśmy, że samolot spada, wraz z ojcem pobiegliśmy na ratunek - opowiada pan Konrad. Gdy dotarli na miejsce tragedii, zobaczyli roztrzaskany wrak. Zaczynał płonąć. Z jego wnętrza dobiegały jęki rannych, błagania o pomoc. Pożar błyskawicznie narastał. Ziemia parzyła im stopy. Na początku policjant wraz z sąsiadem, panem Wiesławem, podbiegli do mężczyzny, który leżał najbliżej. Sznurki jego spadochronu zaplątały się między pogięte blachy kadłuba. Wypięli go z uprzęży, odciągnęli na bok. Później okazało się, że tylko on przeżył.

Zobacz też: Katastrofa samolotu ze skoczkami w Topolewie NOWE FAKTY. Kokpit całkowicie zmasakrowany! [ZDJĘCIA]

"Błagał o pomoc, jego ciało już się paliło"

Kolejny ranny leżał przewieszony przez wrak. - Błagał o pomoc, jego ciało już się paliło - opowiada policjant. Mężczyźni zaczęli go wyciągać. Podobnie jak innego skoczka. Ogień wybuchł z wielką mocą. Ratownicy musieli się cofnąć. Pozostali skoczkowie zginęli w chwili, gdy samolot runął na ziemię, albo zostali ranni i spłonęli. Wśród nich był Rafał G. "Kudłaty", współwłaściciel szkoły spadochronowej.

Prokuratura rozważa trzy hipotetyczne przyczyny tragedii - błąd pilota, błąd wieży na lotnisku w Rudnikach i awarię maszyny. A był to sprowadzony niedawno przez szkołę piper PA-31. Samolot został przerobiony na potrzeby skoków spadochronowych, z jego wnętrza usunięto większość wyposażenia, przy bocznych drzwiach zamontowano podest i uchwyty.

ZAPISZ SIĘ: Codziennie wiadomości Super Expressu na e-mail

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki