Feralnego popołudnia na krajową "5", trasę Poznań - Wrocław, wyjechał swoim czerwonym ścigaczem Hubert M., przedsiębiorca z Leszna. Gdy tylko minął rogatki małej miejscowości Lipno, jakby diabeł w niego wstąpił. Było tuż po godzinie 19. Na chodnikach stało wielu mieszkańców wioski. Dla Huberta M. to była wymarzona publiczność. Mężczyzna rozpoczął popis, jadąc z zawrotną szybkością na jednym kole. Hubert M. miał w nosie to, że jedzie w terenie zabudowanym, że na drodze stoi fotoradar i że naraża na śmiertelne niebezpieczeństwo innych użytkowników drogi. Pech chciał, że w tym samym czasie starszy sierżant Leszek Ratajczak (32 l.) wyszedł akurat z komisariatu w Lipnie. Doświadczony policjant miał właśnie jechać w teren radiowozem. Niestety, zdążył tylko wyjechać na drogę...
Patrz też: Skandal! Rodzina Andrzeja Struja nie dostanie zapomogi. Wiceszef policji nie chce wypłacić pieniędzy
Sierżant Ratajczak nie zauważył pędzącego na motorze szaleńca i uderzył wprost w niego. Huk, gdy motor dosłownie wbijał się w radiowóz, był przerażający. - Funkcjonariusz nie miał szans go zauważyć - kwituje Jerzy Maćkowiak, szef Prokuratury Rejonowej w Lesznie. - Hubert M. jechał na jednym kole, najprawdopodobniej bardzo szybko, o czym świadczy siła uderzenia - dodaje. Hubert M. zginął na miejscu. Z wraku, w który zmienił się przewrócony na bok radiowóz, medycy wydobyli policjanta. Ratowali jego życie jeszcze w szpitalu, ale po kilkunastu minutach przegrali tę walkę. - Odszedł wzorowy policjant, nasz dobry, pomocny kolega - mówią policjanci. Śledztwo w sprawie wypadku prowadzi prokuratura.