Brak obwodnic, które omijałyby polskie wsie i miasteczka, daje się we znaki nie tylko kierowcom. Cierpią także ci, którzy muszą żyć przy ruchliwych jezdniach - tak jak Wiesława (37 l.) i Waldemar (40 l.) Bieciukowie z Suchowoli.
Przeczytaj koniecznie: Jan Goworko z Białegostoku: Nie śpi, bo pilnuje ściany - okrada go kościotrup
Rodzina mieszka w drewnianym domu tuż przy szosie krajowej numer 8. To droga do przejścia granicznego z Litwą, więc całą dobę pod oknami ich domu przejeżdżają tysiące tirów, a w sezonie letnim także autokaryturystyczne. - To koszmar! Nie można się przyzwyczaić do tego huku i drgań - załamują ręce małżonkowie.
- Gdy wieczorem oglądamy telewizję, siedzę z pilotem w ręku i co chwilę robię głośniej, a za chwilę ściszam, by nie obudzić dziecka i teściowej - tłumaczy pan Waldemar. - Z tego powodu kilka razy w roku zmieniam baterie w pilocie - dodaje. Co gorsza, syn małżeństwa, Kamil (6 l.), aby odrobić lekcje, musi zakładać słuchawki. - Inaczej nie mogę się skupić - skarży się uczeń zerówki.
Patrz też: Łódzkie. Zginęli, bo uderzyli autem w dom
Jego babcia, Stanisława Olszewska (60 l.), najbardziej cierpi w nocy. - Bez środków nasennych nie potrafię zasnąć - żali się starsza pani. - Znalazłem tylko jeden plus mieszkania przy takiej szosie. Kiedy żona ma do mnie o coś pretensję, ja tego po prostu nie słyszę - próbuje żartować pan Waldemar.