Jak pisze tygodnik "Wprost", posłowie wystosowali nawet w tej sprawie protest do Kancelarii Sejmu. Inicjatorkami akcji są dwie posłanki PO Iwona Guzowska i Ewa Drozd. Jak mówią, wszyscy posłowie, których poprosiły, podpisali się pod tym protestem.
Zastrzeżenia do restauracji to jedna z niewielu rzeczy, co do której w Sejmie panuje jednomyślność. Dramatyczną sytuację potwierdzają wszyscy rozmówcy tygodnika. Poseł PiS Marek Suski mówi, że kiedyś znalazł karalucha w sałatce. Podobne doświadczenia ma jego partyjny kolega Paweł Kowal, który z powodu niespodzianek w jedzeniu nadał sejmowej restauracji własną nazwę "Pod Gekonem". Jeden z posłów wyjaśnia, że Kowal znalazł kiedyś w swoim obiedzie prusaka i doszedł do wniosku, że dają tam jedzenie dla gekonów.
Inni narzekają na smród, chyboczące się krzesła, ceraty na stołach, gierkowskie zasłony i przyklejające się do stołów wazony ze sztucznymi kwiatami. Z ustaleń "Wprost" wynika, że Kancelaria Sejmu wzięła sobie do serca skargi parlamentarzystów i kilka dni temu rozesłała im ankietę dotyczącą jedzenia serwowanego w Sejmie. Konkretne działania? Tu na razie żadna decyzja nie zapadła.
W Sejmie serwują karaluchy?
2009-04-27
15:50
Poselskie podniebienia i żołądki narażone są na traumatyczne przeżycia. Sejmowa restauracja potrafi serwować karaluchy w sałatkach, zjełczałe masło i nieświeże mięso. Jak twierdzą parlamentarzyści - "sensacje" gwarantowane.