WIADOMOŚCI Polityka Polska Warszawa Świat Opinie Ciekawostki USA NowaTV
Se.pl se.pl wiadomości wiadomości polska polska Najpierw go pobili, a potem zaprosili na piwo. Policja nie przyjechała na wezwanie! [ZDJĘCIE]

Najpierw go pobili, a potem zaprosili na piwo. Policja nie przyjechała na wezwanie! [ZDJĘCIE]

05.04.2017, godz. 14:48

Dla Jana Geberta, wracającego przez Warszawę w weekendową noc do domu, był to wieczór pełen wątpliwych "przygód". Najpierw go napadli, potem próbowali okraść, a potem... ci sami ludzie zaprosili go na piwo i dzielili się anegdotkami o tym, jak sami zostali pobici. Wezwanej policji się nie spieszyło, a patrol, który ich mijał, nie raczył się zatrzymać, mimo wyraźnego sygnału, że jest taka potrzeba.

"Po co nam takie państwo?" - zaczyna swój długi post na Facebooku bohater tego zdarzenia, Jan Gebert. To wstęp do historii z jego wieczornego powrotu do domu ulicami stolicy. I to tymi w ścisłym centrum - Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie. Zwrócił tam uwagę dwóm mężczyznom, którzy najpierw obsikiwali budynki, a potem wulgarnie zaczepiali dziewczyny. Na jego interwencję zareagowali agresją. "Na wysokości Domu Bez Kantów (Krakowskie Przedmieście 11 - przyp. red.) dostałem kilka ciosów, na początku nie oddałem. Dopiero jak spróbowali mnie okraść zacząłem się bronić, wtedy odpuścili. O 23.34 wezwałem policję, jak to napastnicy usłyszeli odeszli, ja poszedłem za nimi." - relacjonuje w swojej opowieści Gebert. Ścigał ich aż do Nowego Światu, w międzyczasie ponownie dzwoniąc na policję.

"Wbrew oczekiwaniom zamiast kolejnej bójki zaczęli ze mną rozmawiać. Zapytali się czemu nie oddałem im? Wytłumaczyłem że wiele lat temu obiecałem sobie że więcej nie będę się bił. Zadzwoniłem po raz trzeci na policję podając adres pod którym jesteśmy." - kontynuuje opowieść autor posta. Mówi w nim, że napastnicy w pewnym momencie zaczęli się przed nim otwierać - opowiadać o swoim życiu, doświadczeniach w więzieniu, aż w końcu... zaprosili go na piwo. Gdy ten odmówił, zaproponowali mu pieniądze. Jan Gebert próbował zatrzymać przejeżdżający obok nich patrol policji, ale "funkcjonariusze krzycząc coś przez uchyloną szybę, ODJECHALI". Po 35 minutach czekania poszkodowany mężczyzna postanowił odpuścić i wysłał swoich napastników do domu. Kilka minut później otrzymał telefon od policji. "Poinformowali że patrol czeka na mnie ale na Krakowskim Przedmieściu 53 (czyli pomylili ulicę). Podałem swój aktualny adres dostałem informację że policjanci już są w drodze. Przejechanie z Krakowskiego na NŚ zajęło im kolejne 15 minut. Jak przyjechali okazało się to ten sam patrol który odmówił mi wcześniej pomocy. Zapytałem się czemu nie zatrzymali się? Odpowiedzieli że nie mogli mi pomóc bo byli w trakcie interwencji - jechali do mnie tylko na Krakowskie Przedmieście.". Na koniec okazało się, że skoro Jan Gebert nie wie, kto go pobił, a uszczerbek na zdrowiu jest znikomy, to żadnej sprawy z tego raczej nie będzie. Ciężko nam ocenić, czy ta sytuacja jest straszna, czy śmieszna. Wiadomo jednak, że prawdziwa, gdyż razem z całą historią jej autor zamieścił nagranie rozmowy z centralą.

REDAKCJA SE.PL POLECA
Znajdź nas: