Żona upiekła mu sernik. On zginął, gdy wracał z uczelni. Poruszające pożegnanie mistrza

2026-03-30 18:51

Profesor Janusz Ratajczak, słynny tenor, wracał po zajęciach ze studentami Akademii Muzycznej w Łodzi do swojego domu pod Bydgoszczą. Gdy był już niemal na miejscu, rozmawiał przez telefon z żoną, która powiedziała mu, że czeka na niego z sernikiem i kawą. Niestety, profesor nigdy nie dojechał do domu. Zginął w strasznym wypadku. Jego żona napisała, że jej serce pękło na milion kawałków. Podczas pogrzebu jeden z synów przez łzy zapewniał, że zaopiekują się mamą i spróbują zapełnić pustkę, która po nim została.

W poniedziałek, 30 marca, w kościele pw. św. Rafała Kalinowskiego w Murowańcu odbyła się uroczystość pogrzebowa Janusza Ratajczaka. Wybitny tenor i solista Opery Nova zginął tragicznie 23 marca w karambolu w Przyłubiu. Miał 64 lata. Artystę żegnała rodzina, przyjaciele, studenci i tłumy tych, którzy podziwiali jego talent.

"Moje serce rozpadło się na milion kawałków"

Śmierć Janusza Ratajczaka była ciosem dla jego najbliższych. Niedługo po tragedii jego żona zamieściła w mediach społecznościowych wpis, który łamie serce.

"Moje serce rozpadło się dziś na milion kawałków….(...) ja bez Niego nie umiem żyć…. I niestety skończyła się nasza wspólna droga. Byłeś dla mnie wszystkim, a teraz tchu mi brak…. I wciąż czekam że wrócisz do domu i jak zawsze będziesz śpiewał….Moja miłości Niestety nasza wspólna droga dobiegła końca…… ZA SZYBKO" 

Wzruszające pożegnanie w kościele

Podczas mszy pogrzebowej padło wiele poruszających słów. Ksiądz proboszcz wspominał skromność artysty i jego głęboką wiarę.

- Co ja mam powiedzieć pani Małgorzacie. Co mam powiedzieć jego synom. Ci którzy wierzą w Boga wierzą w to, że Janusz nie umarł. On był taki skromny. Zawsze razem z żoną siadali w kościele z tyłu. Pamiętajmy o dobru które czynił

- mówił duchowny.

Niezwykle osobisty list do ojca odczytał jeden z synów profesora. Z trudem powstrzymywał łzy, opisując, jakim człowiekiem był jego tata.

- Powiem wam jaki był mój tata. Kochał życie. Kochał mamę. Kochał nas. Kochał Boga

- czytał spokojnym głosem.

Kończąc list, zapewnił, że wraz z bratem zaopiekuje się mamą i postara się "zapełnić jej pustkę po nim". Wtedy głos mu się załamał, a wraz z nim zapłakało wielu zgromadzonych w kościele. Na koniec syn poprosił o brawa dla ojca, które trwały długo, przypominając te, które tenor otrzymywał po swoich występach. W świątyni rozbrzmiała także pieśń z jego repertuaru "Ja nic od życia prawie nie chcę", a przyjaciele zmarłego stworzyli chór i zaśpiewali "Requiem" Mozarta.

Osobiste wspomnienie o. Tadeusza Rydzyka

Głos zabrał również ojciec Tadeusz Rydzyk, który znał profesora od lat osiemdziesiątych, gdy był katechetą w Szczecinku. Duchowny wspominał nie tylko artystę, ale także jego rodziców i babcię.

- Dziękuje Panu Bogu. Dziękuje Rodzinie. Dziękuje takiej osobowości

- mówił łamiącym się głosem. - Pożegnania są smutne, ale popatrzmy co było piękne.

- Janusz pomagał młodzieży. Droga do źródła prowadzi pod prąd. A źródłem jest Jezus Chrystus. Jak dziękować. Pozostaje modlitwa

- dodał. 

Jak doszło do wypadku? Ustalenia policji

Do tragicznego karambolu doszło na drodze krajowej nr 10 w podbygoskim Przyłubiu. Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że kierowca ciężarowego mercedesa z naczepą, który jechał w kierunku Torunia, z nieznanych przyczyn zjechał na przeciwległy pas. Najpierw uderzył w skodę, która następnie zderzyła się z seatem. W tym samym momencie ciężarówka czołowo zderzyła się z audi prowadzonym przez Janusza Ratajczaka. Siła uderzenia była tak duża, że pojazd artysty został wyrzucony z drogi i spadł z około 5-metrowej skarpy. Pomimo natychmiastowej akcji ratunkowej, 63-letni tenor zginął na miejscu.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki