Pogrzeb 13-letniego Mikołaja. Przejmujący apel do młodych ludzi
Tragedia, która rozegrała się na podmokłych terenach w pobliżu Jeziora Arklickiego w woj. warmińsko-mazurskim, wstrząsnęła lokalną społecznością. Mikołaj, uczeń siódmej klasy z maleńkiej miejscowości Kotki, po stracie mamy był wychowywany wyłącznie przez tatę. To właśnie do relacji z rodzicami i do odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo nawiązał ksiądz w swoim kazaniu podczas pogrzebu nastolatka.
Zwracając się do zgromadzonych w kościele młodych ludzi, ksiądz postawił sprawę niezwykle jasno. Próbował uświadomić im, jak wielką tragedią dla każdego rodzica jest śmierć własnego dziecka.
- Każdy z nas musi dzisiaj zapytać sam siebie, czy naprawdę chce, aby moja mama, mój tata płakali tak, jak płacze ojciec Mikołaja
- mówił z ambony poruszony duchowny.
Kapłan bez ogródek dał do zrozumienia młodzieży, że życie ma swoje nieprzekraczalne granice, a niektórych błędów nie da się już naprawić. Przypomniał, że w realnym świecie nie ma przycisku "reset".
- Macie tylko jedno życie. Jedno. Nie będzie drugiej szansy. Nie będzie cofnięcia czasu
- przestrzegał przed lekkomyślnością i przypominał, jak kruche potrafi być życie. - Telefon można kupić nowy. Klucze można dorobić. Portfel można odzyskać. Życia nie - podkreślał.
Polecany artykuł:
Złość, ból i zakaz nienawiści
Śmierć 13-latka wywołała ogromne poruszenie, ale też olbrzymi gniew. Rówieśnicy Mikołaja i mieszkańcy okolicy nie potrafią pogodzić się z tym, co się stało. Duchowny doskonale wyczuł te nastroje, dlatego w swojej homilii odniósł się również do rodzącej się w ludziach chęci odwetu. Przestrzegał jednak przed pójściem drogą agresji.
- W sercach młodych ludzi jest złość, poczucie niesprawiedliwości i pytanie: dlaczego? - zauważył ksiądz. Podkreślał jednak, że tragedia nie może prowadzić do nienawiści. - Zemsta nie leczy. Nienawiść nie daje pokoju. Nienawiść nie przywróci Mikołaja - powiedział.Na koniec mszy padły słowa, które brzmiały jak dramatyczny manifest i prośba o to, by ta śmierć stała się przestrogą dla wszystkich na przyszłość:
- Dość łez matek i ojców. Dość takich pogrzebów. Dość młodych trumien - podsumował ksiądz.
Jak doszło do tragedii pod Barcianami?
Przypomnijmy, do tych dramatycznych wydarzeń doszło w sobotę 16 maja w rejonie Jeziora Arklickiego. Wszystko zaczęło się od sprzeczki Mikołaja z dorosłym mężczyzną. Ten ostatni miał wezwać na pomoc swoich bliskich i wkrótce grupa dorosłych zaczęła gonić dwóch nastolatków. Chłopcy rzucili się do ucieczki. Jeden z nich zdołał ukryć się w krzakach, natomiast Mikołaj pobiegł dalej, wprost na zdradliwe, bagniste i podmokłe tereny.
Z ustaleń prokuratury wynika, że ścigający mężczyźni doskonale wiedzieli, w jakim kierunku pobiegł 13-latkek, jednak pozostawili go bez jakiejkolwiek pomocy. Gdy nastolatka w końcu odnaleźli koledzy, chłopiec jeszcze dawał znaki życia, będąc częściowo wciągniętym przez bagno. Ruszyła natychmiastowa akcja ratunkowa z udziałem straży pożarnej i medyków. Niestety, mimo długotrwałej reanimacji, życia nastolatka nie udało się uratować.
Zarzuty dla czterech mężczyzn
W sprawie tej bulwersującej tragedii policja zatrzymała cztery osoby - to trzej bracia oraz ich szwagier. Sąd podjął już decyzję o ich tymczasowym aresztowaniu na okres trzech miesięcy. Prokuratura przedstawiła im poważne zarzuty. Jeden z zatrzymanych podejrzany jest o bezpośrednie bicie 13-latka (miał zadawać mu ciosy pięściami oraz kopać). Pozostali trzej odpowiedzą za udział w nagonce, która odcięła dziecku drogę ucieczki.
Wszyscy usłyszeli również zarzut nieudzielenia pomocy małoletniemu w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia, a także próbę zaatakowania drugiego z uciekających chłopców. Podejrzani złożyli w prokuraturze wyjaśnienia, jednak - jak zaznaczają śledczy - każdy z nich przedstawia wersję dotyczącą jedynie fragmentu zajścia, wyraźnie starając się umniejszyć swoją odpowiedzialność w tym potwornym zdarzeniu.