Potworna zbronia. Najpierw uderzał młotkiem, później padł strzał

2019-11-15 14:47 MT

Najpierw uderzył go pięścią, później chwycił a młotek. Zadał kolejne ciosy w głowę. Na koniec strzelił do rannego z pistoletu. Przed opolskim sądem właśnie ruszył proces Marka M. oskarżonego za zamordowanie Macieja Z. Sprawa wywołuje ogromne emocje, bo ludzie mają różne zdanie na temat tego, co się stało.

Najpierw fakty. Marek M. prowadził warsztat samochodowy, a Maciej Z. zajmował się różnym biznesem, m.in. pożyczał pieniądze na procent. Marek M. był kiedyś w potrzebie, pożyczył więc 20 tysięcy złotych od Macieja Z. Za każdy miesiąc leciały odsetki: 500 zł.

W grudniu ubiegłego roku, Maciej Z. przyjechał do warsztatu Marka M. - Miał ze sobą pistolet i pustą kartkę. Mówił, żebym ją podpisał, bo inaczej zabije mojego 7-letniego syna. Był bardzo agresywny, jakby był pod wpływem narkotyków – twierdzi teraz Marek M.

Między mężczyznami doszło do szarpaniny. Marek jedną ręką miał unieruchomić dłoń z pistoletem, a drugą walnąć w twarz Macieja. Później chwycił za młotek. Uderzył trzy razy. Następnie chwycił za pistolet i wystrzelił w swojego wierzyciela. - Nie planowałem tej zbrodni, nie chciałem go zabić, ale po prostu się bałem, że coś mi zrobi albo mojemu dziecku – mówi Marek M.

Po zabójstwie mężczyzna wpadł w panikę. Krew starł czapką zamordowanego, a ciało wywlókł i zakopał niedaleko swojego warsztatu. O tym, co się stało, nikomu nie powiedział.

Policja przez kulka dni poszukiwała Macieja Z. W końcu jednak śledczy połączyli pewne fakty, jak np. to, że przed dniem zaginięcia Maciej Z. codziennie rozmawiał przez telefon z Markiem M., a później już nie. Ostatecznie Marek M. przyznał się do zabicia swojego wierzyciela.

Znajomi oskarżonego podkreślają, że to dobry człowiek, że nigdy nikogo nie skrzywdził i bardzo kocha swoją rodzinę. Wspominają o filmie "Dług" - że podobnie jak i tam, ofiara była katem. Co na to wszystko sąd? Przekonamy się zapewne w przyszłym roku, gdy zakończy się proces.

Markowi M. grozi dożywocie.