Je mus i nie dostaje już leków przeciwbólowych. Stan tygrysa Gogha jest nadal POWAŻNY!

2019-12-04 13:27 MROK
Stan Gogha nadal jest poważny
Autor: Ogród Zoologiczny w Poznaniu Stan Gigha nadal jest poważny

Życie Gogha – tygrysa, który nie mógł jechać do azylu Adwokatów Zwierząt w Hiszpanii – wciąż zagrożone. W poznańskim ZOO weterynarze robią wszystko, by postawić zwierzę na nogi, ale rokowania są nadal niepewne. – Jego stan jest poważny, jeszcze nic nie można powiedzieć – mówi Małgorzata Chodyła z Ogrodu Zoologicznego w Poznaniu. Przez problemy z przewodem pokarmowym opiekunowie podają mu mus do jedzenia. - Musieliśmy też odstawić już leki przeciwbólowe - mówi Chodyła.

Gogh to tygrys, który trafił do poznańskiego ZOO z ciężarówki, która utknęła na granicy polsko – białoruskiej. Nie ma kawałka ucha, dlatego dostał imię po słynnym, holenderskim malarzu Vincencie van Goghu, który jak mówi oficjalna wersja - obciął je sobie w wyniku problemów psychicznych.

Gogh od samego początku przyjazdu do Poznania był chory. Ma anemię i chore nerki.  – Także jego układ pokarmowy nie funkcjonuje jak powinien – informowała Chodyła. W końcu jego stan był tak poważny, że weterynarze, żeby uratować mu życie, musieli go operować. – Miał skręt żołądka, a w jego jelitach gniło jedzenie – tłumaczy Chodyła. Jego opiekunowie przygotowani byli na najgorsze, ale tygrys zadziwił wszystkich. – Nie poddajemy się i walczymy o niego dalej – mówi Chodyła i dodaje, że Gogh jest bardzo dzielny. – Nie dostaje już leków przeciwbólowych, bo nie mogliśmy go ciągle nimi faszerować – tłumaczy rzeczniczka. Zwierzę nie dostaje normalnego jedzenia. – Robimy mu specjalny, wysokowartościowy mus, a mięso do pogryzienia dostanie najwcześniej za 3 miesiące – mówi rzeczniczka.

Z kolei drugi z tygrysów, który został w Poznaniu to Kan - kiepsko widzi  i ma problemy ortopedyczne z tylnymi łapami i miednicą, ale jego życie nie jest na szczęście zagrożone.

Głośna w całej Polsce historia zaczęła się w drugiej połowie października, gdy włoski właściciel 10 zwierząt postanowił zapakować je jak przedmioty w metalowe i drewniane skrzynie i przetransportować do Rosji – oficjalnie, do przedsiębiorcy, który prowadził swoje ZOO, nieoficjalnie na śmierć, by wyprodukować z nich znane w medycynie wschodu afrodyzjaki. Jeden z tygrysów nie przeżył gehenny drogi, padł, tygrysy dokarmiane były nieregularnie kurczakami z marketu i były na skraju wyczerpania i śmierci. Utknęły na granicy polsko – białoruskiej, bo kierowcy zabrakło niezbędnych dokumentów. Gdy o sprawie zwierząt dowiedziała się Ewa Zgrabczyńska, z poznańskiego Ogrodu Zoologicznego, które jest nie tylko zwykłym ZOO, ale też azylem dla źle traktowanych dzikich zwierząt – od razu ruszyła do akcji. Za zgodą władz Poznania i Inspektora Weterynaryjnego 7 z 9 kotów trafiło pod jej skrzydła. Od samego początku było jasne, że w Poznaniu są tylko na chwilę, ponieważ nie ma tu jeszcze profesjonalnego wybiegu dla takich czworonogów. Hiszpańska organizacja Adwokaci Zwierząt postanowiła je zabrać dla siebie po tym, jak zwierzęta dojdą do siebie w Poznaniu. Kolejne dwa tygrysy trafiły do zoo w Człuchowie.