Sekundy po wyjściu na świat
Historia Mirelli wstrząsnęła Polską w październiku 2025 roku, gdy okazało się, że kobieta od 27 lat praktycznie nie opuszczała mieszkania w centrum Świętochłowic. Matka przez lata ukrywała ją przed światem, tłumacząc sąsiadom, że córka wyjechała lub zaginęła. W lipcu 2025 r. jedna z sąsiadek usłyszała krzyki – wezwała policję, która po długich negocjacjach weszła do mieszkania i znalazła skrajnie zaniedbaną 42-latkę.
Natychmiast wezwano ratowników medycznych. Mirella została zabrana do szpitala, gdzie miała odzyskać siły i otrzymać wsparcie. Okazało się, że kobieta nie widziała niczego poza swoim pokojem od ponad 20 lat, nie znała podstawowych czynności, takich jak zejście po schodach, i nie miała żadnych dokumentów tożsamości ani ubezpieczenia zdrowotnego.
Jednak po krótkim pobycie w szpitalu została odesłana z powrotem do mieszkania rodziców. Mimo zapewnień urzędów, ustalenia dziennikarzy "Kanału Zero" wskazują, że kobieta wciąż jest bita i wyzywana.
Gdy nasza dziennikarka wraz z operatorem byli już na klatce schodowej i zbliżali się do mieszkania, usłyszeli krzyki dobiegające z lokalu, w którym przebywa pani Mirella. Kobieta wzywała pomoc, skarżyła się na bicie i wyzwiska. Usłyszeliśmy część z tych wyzwisk - czytamy w treści publikacji "Kanału Zero".
Na miejsce wezwana została policja, jednak gdy matka Mirelli kilkukrotnie odmówiła wpuszczenia funkcjonariuszy do mieszkania, policjanci odjechali.
Rodzice blokują pomoc
Dziennikarze i sąsiedzi wielokrotnie słyszeli krzyki Mirelli. Policja była wzywana, jednak rodzice nie wpuszczali funkcjonariuszy do mieszkania, a patrol odjeżdżał bez interwencji. Nagrania i relacje świadków pokazują, że kobieta nadal doświadcza przemocy psychicznej i fizycznej.
Prokuratura twierdzi, że Mirella „chce tak żyć” i przyznaje jej status pokrzywdzonej, ale nie ma podstaw prawnych, by wymusić obserwację medyczną lub izolację od rodziców.
Psychologowie wskazują, że osoby doświadczające przemocy często bronią swoich oprawców. Jak mówi dla "Kanału Zero" Justyna Kotowska - biegła sądowa, nieznajomość świata i zależność od rodziny mogą powodować, że ofiara woli pozostać w domu, mimo zagrożenia.
– Zdarza się tak, że osoby, które są krzywdzone, kochają swojego oprawcę. I będą go bronić. Zatem samo to, że osoba, co do której mamy podejrzenie, że doznawała przemocy, mówi, że chce z kimś być, że chce do niego wracać, nie powinno nas uspokajać – wyjaśnia Kotowska
Historia Mirelli uwypukla też poważne luki w systemie. Przez dziesięciolecia nikt nie zareagował, choć sąsiedzi mieli podejrzenia. Problem leży zarówno w rodzinie, jak i w instytucjach – od szkół, przez ośrodki pomocy społecznej, po urzędy.
Społeczna reakcja przerosła najśmielsze oczekiwania
Po ujawnieniu sprawy w mediach lokalnych i krajowych ruszyła zbiórka na rzecz kobiety – jej celem jest zapewnienie rehabilitacji, leczenia i dokumentów, które pozwolą Mirelli na samodzielne życie. Rodzice kobiety sprzeciwiają się tym działaniom i twierdzą, że nie dopuścili się nadużyć.
- Nie chcemy wydawać żadnych osądów, bo na prawie się nie znamy, więc nie jesteśmy w stanie ocenić, czy ktoś zawinił – czy i na ile. Natomiast jesteśmy bardzo blisko tej sprawy. Moja koleżanka mieszka z mamą Mirelli drzwi w drzwi, sama zresztą robiła to zgłoszenie. Jedynie co możemy zrobić, to przedstawić suche fakty dotyczące właśnie całej tej sytuacji… Będziemy zadowolone, kiedy Mirella w końcu opuści to mieszkanie" - mówiła dla redakcji "ESKI" w październiku założycielka zbiórki.
Prokuratura Rejonowa w Chorzowie bada sprawę pod kątem przestępstw z artykułów 189 (pozbawienie wolności) i 207 (znęcanie się nad osobą najbliższą) Kodeksu karnego. Trwają przesłuchania rodziców i zbieranie materiału dowodowego, jednak termin zakończenia postępowania pozostaje nieznany.
Historia Mirelli jest przestrogą i bolesnym dowodem, jak łatwo człowiek może „zniknąć” w systemie, jeśli nikt nie reaguje.
Źródło: Kanał Zero