- Piotr wynajmuje mieszkanie po ciotce. Ufa lokatorowi, że pomoże mu pokazywać wolny pokój.
- W salonie stoją trzy krzesła i leżą wydrukowane ankiety, a lokator prowadzi „casting” kandydatów.
- Kandydaci są przekonani, że to lokator wybiera, a właściciel tylko podpisuje papiery.
- Ankieta ma rubrykę na ocenę charakteru i pytania o ciszę nocną oraz sprzątanie
- Lokator przyznaje, że brał od kandydatów drobne za „pierwszeństwo”. Piotr oddaje pieniądze i wręcza mu wypowiedzenie.
„Mieszkanie po ciotce miało zarabiać, a nie uczyć mnie asertywności”
Mieszkanie po ciotce było zwyczajne. W salonie stała wersalka i meblościanka, której nikt nie miał serca wyrzucić. Ja też nie. Kiedy uczysz techniki, całe życie naprawiasz rzeczy zamiast je wyrzucać, więc z tą meblościanką było mi po drodze.
Wynajmowałem pokoje, bo rachunki same się nie płacą. A z nauczycielskiej pensji kokosów nie ma. Jeden pokój zajmował Tomek, spokojny trzydziestoparolatek. Pracował w „IT”, jak to teraz mówią. Drugi się zwolnił, bo poprzedni współlokator wyjechał do dziewczyny do Poznania i zostawił po sobie tylko puste wieszaki i jeden kubek z pękniętym uchem.
Wystawiłem ogłoszenie o wynajmie, zdjęcia zrobiłem rano, kiedy słońce najlepiej pada na wersalkę i nie widać, że tapeta przy kaloryferze lekko odchodzi. Tomek sam zaproponował: „Jak pan chce, to ja mogę pokazywać pokój, bo pan pewnie w szkole”. Brzmiało rozsądnie, więc ustaliliśmy, że jak ktoś będzie pasował, to ja przyjadę z umową.
„Wszedłem do salonu i usłyszałem pytanie o ciszę nocną, jakby to była rozmowa o pracę”
Po lekcjach wziąłem wydrukowaną umowę, długopis i kopertę na kaucję. Klucze miałem swoje, ale i tak zapukałem z przyzwyczajenia. Nie lubię wchodzić komuś na głowę. W środku było cicho, tylko z salonu dochodził głos Tomka, bardzo rzeczowy, niemal urzędowy.
„A jak pani podchodzi do ciszy nocnej, bo tu jest ważny komfort współżycia?” usłyszałem, zanim zdjąłem buty. Zamarłem z umową w ręku. Jak uczeń złapany na ściąganiu. Potem dodał: „Sprzątanie łazienki w systemie rotacyjnym jest dla pani do przyjęcia?”
Zajrzałem do salonu. Trzy krzesła stały w półokręgu, jak na jakiejś komisji. Na stole leżały wydrukowane kartki, a na każdej jakieś rubryki. Obok siedziała dziewczyna w kurtce, z torebką na kolanach, i patrzyła na Tomka, jakby naprawdę musiała zdać egzamin, żeby dostać klucz.
„Na stole leżała ankieta z rubryką: ocena charakteru”
Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że to nie są żadne notatki, tylko ankiety. Normalnie nagłówek, kilka pytań i na końcu miejsce na podpis. Najbardziej mnie uderzyła rubryka „Ocena charakteru”. Z gwiazdkami, jak w restauracji.
Tomek zauważył mnie dopiero po chwili i uśmiechnął się, jakby wszystko było ustalone. „O, pan Piotr, właściciel. Ja tu robię wstępne rozmowy, żeby pan nie tracił czasu” powiedział i przesunął ankietę w moją stronę. Dziewczyna odruchowo wyprostowała plecy, jakby przyszła na drugą turę.
„Dzień dobry” powiedziałem i spojrzałem na kartkę. Były pytania o palenie, zwierzęta, godziny powrotów, czy ktoś ma tendencję do „przyjmowania gości w tygodniu”. Przy „sprzątaniu” ktoś dopisał długopisem: „czy inicjuje, czy trzeba prosić”.
Od razu zapaliła mi się lampka. Taka jak w pracowni, kiedy uczeń odpala wiertarkę bez okularów. Mogłem się wściec, ale próbowałem zachować spokój, bo obok siedziała obca osoba. I jednak nie chciałem robić awantury w mieszkaniu ciotki, przy tej jej nieszczęsnej wersalce.
„Kandydatka myślała, że to on decyduje, a ja tylko podpisuję papiery”
Dziewczyna spojrzała na mnie i zapytała ostrożnie: „To ja mam teraz podpisywać z panem, czy najpierw pan Tomek musi zatwierdzić?”. Zrobiło mi się gorąco, bo to nie była jej wina, że ktoś jej tak to ustawił. Tomek nic nie powiedział. Tylko poprawił kartki, jakby prowadził spotkanie.
Usiadłem na wolnym krześle, żeby nie wyglądało, że wpadłem tu tylko po to, by kogoś wyrzucić. „Proszę się nie stresować. To ja jestem właścicielem, ja decyduję i ja podpisuję umowę” powiedziałem, bardziej do niej niż do Tomka. On natychmiast wszedł mi w słowo, łagodnym tonem: „No tak, formalnie pan, ale my tu musimy ze sobą mieszkać, wie pan”.
Brzmiało to tak, jakby dawał mi wykład, a nie był zwykłym lokatorem z umową. Złapałem wzrokiem ankietę i to miejsce na „ocenę charakteru”. Pomyślałem, że za chwilę będzie ocena „przydatności właściciela do współpracy”.
„Tomek, możemy na chwilę do kuchni?” poprosiłem. Wstał bez protestu, ale widziałem w jego ruchach pewność, jakby to był jego teren. W kuchni przy zlewie stał mój stary czajnik, a obok jego kawa w kapsułkach. I nagle poczułem, że to wszystko zaczyna mi się tu rozjeżdżać.
„W kuchni powiedział, że rozmowy mają pierwszeństwo, bo ludzie płacą”
Zacząłem spokojnie: „Skąd się wzięły te ankiety i te pytania?”. Tomek wzruszył ramionami, jakby to była oczywistość. „Bo ludzie różni są. A pan by chciał wpuścić kogoś, kto potem trzaska drzwiami o drugiej w nocy?”
„Nie o to pytam. Dlaczego kandydaci myślą, że to ty wybierasz?” dopytałem. Wtedy spuścił głos i powiedział coś, co mnie naprawdę przygniotło. „Bo ja organizuję rozmowy. I w sumie, wie pan, jak ktoś chce mieć pierwszeństwo, to dorzuca drobne. Żeby nie marnować czasu, tak symbolicznie”.
„Jakie drobne?” zapytałem i aż ścisnąłem długopis, że poczułem to w palcach. Tomek odpowiedział, jakby mówił o napiwku: „Dwadzieścia, trzydzieści złotych. Za pierwszeństwo. Przecież ja też poświęcam czas, drukuję, gadam”.
Wróciłem myślami do pracowni technicznej i do dzieciaków, którym tłumaczę, że cudze narzędzia się oddaje na miejsce. A tu ktoś próbował urządzać mi moje mieszkanie po swojemu i jeszcze brał za to pieniądze. Poczułem, że jeśli teraz odpuszczę, to następnym razem będę słuchał, ile mam płacić za wizytę we własnym salonie.
„Oddałem pieniądze i zamiast ankiety podałem mu wypowiedzenie”
Wróciliśmy do salonu. Wziąłem te ankiety do ręki, żeby nie patrzeć na rubrykę z gwiazdkami. Dziewczyna patrzyła raz na mnie, raz na Tomka, jakby czekała na werdykt. Tomek już otwierał usta, żeby kontynuować swoje pytania, ale uniosłem dłoń i przerwałem.
- Proszę pani, przepraszam za to zamieszanie. To nie powinno tak wyglądać.
- Ja tylko chciałam normalnie obejrzeć pokój. Pan Tomek mówił, że tu są zasady i że jest kolejka.
- Zasady ustalam ja. A kolejki nie ma, na pewno nie takiej, do której ktoś sprzedaje bilety.
Poprosiłem, żeby powiedziała, ile zapłaciła za „pierwszeństwo”. Zawahała się, ale wyszeptała: „Trzydzieści”. Wyjąłem z portfela banknot i podałem jej. To był mój wstyd, nie jej „lekcja życia”.
Potem spojrzałem na Tomka, a on jeszcze próbował ratować sytuację: „No ale to było dobrowolne, ja nikogo nie zmuszałem”. Wyciągnąłem z teczki nie umowę, tylko wypowiedzenie. Mam wzór w komputerze, bo człowiek się uczy, czasem na cudzych błędach, a czasem na swoich. Położyłem mu kartkę na stole, dokładnie na tych jego ankietach, jakby to był ich finał.
Tomek zamilkł, pierwszy raz, odkąd go znałem. Dziewczyna zebrała torebkę i wstała, mówiąc cicho: „To ja chyba już pójdę”. Odprowadziłem ją do drzwi, a kiedy zamknęły się za nią, w salonie została tylko wersalka, krzesła i ten formularz „oceny charakteru”. Nagle wyglądał jak rekwizyt z kiepskiego programu.
Tomek oddał klucze dopiero po tygodniu. Chłodno, bez słowa „przepraszam”. Ja w tym czasie sam pokazywałem pokój, bez ankiet i bez komisji, najwyżej z pytaniem, czy ktoś nie pali w środku. A kiedy wieczorem siadam w tym mieszkaniu, nadal widzę tamte trzy krzesła, tylko już wiem, że to ja je przestawiam.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.