„Pół dnia przy garach, bo chciałem wypaść normalnie”
Mam na imię Marcin, mam 34 lata i pracuję w agencji reklamowej. Teoretycznie wiem, jak sprzedaje się historie. W życiu prywatnym często mówię albo za dużo, albo za mało. A potem wracam do domu i mielę w głowie każde zdanie jeszcze w windzie. Z Anką pisało mi się zaskakująco lekko, bez tych standardowych przepychanek o ulubione seriale.
Umówiliśmy się u mnie, bo rzuciła, że ma dość randek w knajpach, gdzie kelner słyszy wszystko, a muzyka zagłusza rozmowę. Pomyślałem, że domowa kolacja to bezpieczny pomysł. Makaron z krewetkami, do tego sałatka. Prosto, ale nie na zasadzie „byle co”.
Sprzątałem jak przed wizytą mamy, a nie dziewczyny z aplikacji. Rozkładany stół w kuchni rozłożyłem do końca, wstawiłem świeczkę, choć miałem wątpliwości, czy to nie będzie za bardzo. W lodówce chłodziło się białe wino. Takie kupione trochę na pokaz, żeby brzmieć, jakbym się znał.
„Przyszła z torbą pudełek, zanim zdążyłem nalać wina”
Otworzyłem drzwi i od razu było widać, że wygląda dokładnie jak na zdjęciach. Uśmiech, sportowa sylwetka, włosy związane jakby przypadkiem, ale pewnie nie przypadkiem. W ręku miała materiałową torbę, taką „na targ”, wypchaną po brzegi czymś ciężkim.
Pomogłem jej zdjąć płaszcz. Rzuciła „ładnie tu” i od razu omiotła wzrokiem mieszkanie, jakby coś sprawdzała. W kuchni zaczęła rozglądać się po blacie, po zlewie, po czajniku. Ja w tym czasie już sięgałem po kieliszki.
Zanim cokolwiek zaproponowałem, postawiła torbę na blacie i zaczęła wyciągać pudełka. Plastikowe, przezroczyste, poukładane jak klocki. Jedno szczególnie rzuciło mi się w oczy: kasza i gotowany indyk. Porcje były tak równe, że wyglądały jak z instagramowego poradnika.
„Powiedziała, że to troska, ale brzmiało jak ocena”
– Przyniosłam sobie swoje jedzenie, dobra? Będzie prościej.
- Swoje… jedzenie?
- Tak. Wiesz, ja staram się trzymać makro i nie jeść przypadkowych rzeczy. A po twoich zdjęciach… no, pomyślałam, że możesz mieć tak, że raz zjesz, raz nie, a potem kebab o północy.
Przez chwilę stałem z kieliszkami w ręku jak kelner, któremu ktoś właśnie odwołał rezerwację. Uśmiechnąłem się odruchowo. W pracy to mój automatyczny tryb, odpalam go, kiedy robi się niezręcznie. Powiedziałem coś w stylu „no jasne, luz”, jakbym właśnie dowiedział się, że ktoś nie lubi kolendry, a nie że przyszedł do mnie z własnym zestawem żywieniowym.
Anka wyjęła jeszcze mały pojemniczek z sosem i łyżeczkę. Rozglądała się, gdzie to postawić, jakby była u siebie w biurze i szukała wolnego miejsca na lunch. Patrzyłem na patelnię z krewetkami i miałem w głowie jedno pytanie: po co ona w ogóle przyszła na kolację, skoro już z góry wie, co tu jest „nie tak”?
„Zamiast komplementu usłyszałem instrukcję obsługi mojego życia”
Usiedliśmy przy stole. Na talerze nałożyłem makaron, podałem sałatkę, zapytałem, czy chociaż spróbuje. Powiedziała, że może spróbuje „dwie nitki”, bo nie chce sobie „rozkręcać insuliny”. Powiedziała to spokojnie, jakby cytowała etykietę.
I wtedy rozmowa skręciła w stronę, której się nie spodziewałem. Zamiast o pracy albo o tym, co lubi robić po godzinach, Anka pytała, o której jem ostatni posiłek, ile piję kawy i czy mam w domu wagę kuchenną. W pewnym momencie wstała i podeszła do lodówki, bo „lubi zobaczyć, co ktoś trzyma w domu”. Zanim zdążyłem zaprotestować, otworzyła drzwiczki i rzuciła: „No dobra, nie jest tak źle, ale te sosy to bym wymieniła”.
Próbowałem to obrócić w żart, bo inaczej zrobiłoby się naprawdę niezręcznie. Powiedziałem, że w reklamie też się optymalizuje, ale zwykle kampanie, nie czyjąś szafkę z przyprawami. Ona się zaśmiała, ale chwilę później wróciła do swojego tematu, jakby moja riposta była tylko przerywnikiem między punktami.
– Wiesz, ja po prostu lubię, jak wszystko jest poukładane. Tak mi spokojniej.
- A ja lubię, jak ktoś najpierw spróbuje, a potem mówi, co by zmienił.
Popatrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto nie rozumie prostej zasady. I zaczęła kroić indyka z pudełka, jakbyśmy byli na pikniku, a nie na randce, na którą ja gotowałem od rana.
„Najgorzej było, gdy przyznała, że robi tak zawsze”
W pewnym momencie zadzwonił jej telefon. Zobaczyłem na ekranie powiadomienie z aplikacji, tej samej, z której się znaliśmy. Nie chciałem się gapić, ale ekran zaświecił się na stole i po prostu to zobaczyłem. Anka odwróciła go szybko, jakby to był odruch.
- Masz jeszcze aktywną aplikację? – zapytałem, bardziej z ciekawości niż z wyrzutem.
- No mam, a co? To normalne. Poza tym ja… ja lubię mieć opcje.
Powiedziała to bez wstydu. I wtedy dorzuciła coś jeszcze. Coś, co wbiło mnie w krzesło bardziej niż te cholerne pudełka.
- W ogóle to ja tak robię często. Z tym jedzeniem. Bo serio, faceci mają różnie. Jedni jedzą byle co, drudzy udają, że gotują, a potem zamawiają. Jak przynoszę swoje, to od razu widzę, jak reagują. I czy da się z nimi coś zrobić.
To jej „da się z nimi coś zrobić” zabrzmiało, jakby mówiła o szafce z Ikei, którą trzeba jeszcze poprawić śrubokrętem. Ja nie byłem nawet zły. Bardziej poczułem, jak opada mi z ramion całe to napięcie, które miałem od rana, to udawanie, że muszę zasłużyć na bycie „wystarczającym”.
„Spakowałem jej kaszę z powrotem i przestałem grać w ten egzamin”
Wstałem, zebrałem z blatu jej pojemniki, ten z kaszą i indykiem też. Robiłem to spokojnie. Bez trzaskania i bez scen, jakbym po prostu sprzątał po obiedzie. Ona patrzyła, jakbym właśnie zabierał jej coś osobistego.
- Co ty robisz? – zapytała.
– Pakuję to z powrotem. Do torby.
- Ale ja nie chciałam cię obrazić. Ja tylko dbam o siebie.
- Dbaj. Naprawdę. Tylko ta kolacja była zaproszeniem, nie egzaminem. A ja nie mam ochoty siedzieć przy stole i udowadniać, że jestem „do zrobienia”.
Zrobiło się cicho. Słychać było tylko okap, bo zapomniałem go wyłączyć. Anka zacisnęła usta, spojrzała na mój makaron, potem na torbę. W końcu powiedziała, że „nie każdy umie przyjmować feedback” i zaczęła się zbierać.
Odprowadziłem ją do drzwi. „Trzymaj się” powiedziała już na klatce, a ja odpowiedziałem „ty też”, bo tak się u nas mówi, nawet kiedy coś właśnie się rozsypało. Zamknąłem drzwi i wróciłem do kuchni, gdzie wino nadal stało nieotwarte.
Usiadłem przy tym rozłożonym stole i zjadłem swoją kolację sam, bez świeczki, bo ją zgasiłem. Makaron był naprawdę dobry, krewetki wyszły idealnie, tylko nikt nie powiedział „wow”. I chyba pierwszy raz od dawna poczułem, że nie potrzebuję żadnego „wow”, jeśli w zamian mam udawać, że plastikowe pudełko z kaszą to normalny element randki.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.