Zamknęli nas w dawnym skarbcu bankowym w centrum Warszawy. Wyszliśmy dopiero po półtorej godziny

Jest taki moment w każdym warszawskim tygodniu, który zna chyba każdy z nas. Ładna pogoda, piątkowe popołudnie, telefon wibruje, ktoś bliski pisze dwa słowa: co jutro? I zaczyna się rytuał, który powtarza się od lat – przewijanie Instagrama, przeglądanie wydarzeń, pięć otwartych zakładek, zero decyzji. Spacer? Robi się cieplej, jasne, ale czy naprawdę chcemy, żeby plan na sobotni wieczór znowu oznaczał pętlę po Łazienkach i lody z budki?

melt museum

i

Autor: melt museum/ Materiały prasowe

Wzięliśmy jeden marcowy wieczór, dwoje ludzi, centrum Warszawy i… daliśmy się zamknąć w dawnym skarbcu bankowym. To przestrzeń, o której mówi coraz więcej osób. Sprawdziliśmy, czy to faktycznie wieczór, po którym nie żałujesz, że nie zostałeś na kanapie. I nie żałowaliśmy. Było dokładnie odwrotnie.

Ulica Warecka, godzina szósta, niepozorne drzwi

Plac Powstańców Warszawy 2a – brzmi poważnie, bankiersko. I właśnie o to chodzi. Bo za drzwiami wejścia od ulicy Wareckiej zaczyna się coś, co jest dokładnym przeciwieństwem tego, co sugeruje ta fasada. Schodzisz w dół, do dawnego skarbca bankowego. I od tego momentu Warszawa, którą znałeś do tej pory, po prostu przestaje istnieć. Moglibyśmy teraz dokładnie opisać, co na Was czeka. Ale prawda jest taka, że to jedno z tych miejsc, które trzeba poczuć. Opis zawsze będzie gorszy od pierwszych trzydziestu sekund w środku.

Więc powiemy tylko tyle, ile trzeba.

Wchodzisz do ciemnego pomieszczenia, w którym świetliste drzewa rozciągają się w przestrzeni pokrytej lustrami, tworząc wrażenie cyfrowego lasu bez końca. Te drzewa nie zostały narysowane ani zaprojektowane, wyrosły algorytmicznie, w procesie zwanym różnicowym wzrostem, tak jak rosną prawdziwe organizmy: nieprzewidywalnie, organicznie, każde inne. Zbliżasz dłoń i drzewo zaczyna reagować – światłem, dźwiękiem, pulsowaniem. Nie musisz niczego naciskać, niczego dotykać. Ono Cię czuje. Gdy w pokoju jest więcej osób, las zamienia się w żyjący instrument, w którym każdy ruch kogoś innego zmienia to, co słyszysz Ty. Przez kilka sekund nie jesteś pewny, co się dzieje. A potem zaczynasz intuicyjnie rozumieć: nie oglądasz wystawy. Jesteś jej częścią.

To uczucie nie puszcza przez kolejne pokoje. Kilka kroków dalej tysiące cyfrowych stworzeń podążają za ruchem Twoich rąk – gwałtowny gest i rozbiegają się w panice, stoisz nieruchomo i otaczają Cię, wirując wokół palców jak żywe. Jeszcze dalej pokój, w którym podłoga jest ze szkła, a pod nią lustrzana otchłań wyglądająca, jakby ciągnęła się w nieskończoność. Rozumem wiesz, że to lustra i diody. Ciałem – czujesz pustkę pod stopami i łapiesz się na tym, że oddychasz płycej. Stała przy nas dziewczyna, która nie mogła się zmusić, żeby wejść na środek. Jej chłopak stał już tam, śmiejąc się.

Inna instalacja sprawia, że z pomieszczenia wychodzisz dziwnie zamyślony. FAKE.EXE konfrontuje Cię z technologią deepfake – jedno dotknięcie ekranu i Twoja twarz zamienia się w kogoś zupełnie innego. Przekonująco, natychmiast, w czasie rzeczywistym. To nie jest wykład o zagrożeniach sztucznej inteligencji. To moment, w którym sam doświadczasz, jak łatwo można dziś zmanipulować wizerunek. I ta myśl zostaje z Tobą dłużej niż większość rzeczy, które przeczytałeś na ten temat.

A jest też przestrzeń, w której po tym wszystkim po prostu się zatrzymujesz. Kładziesz się na pufie, nad Tobą rozpościera się panorama nieistniejącego miasta, a muzyka Wojciecha Urbańskiego otacza Cię z każdej strony. W pewnym momencie orientujesz się, że od pięciu minut nie pomyślałeś o niczym. Nie o pracy, nie o telefonie, nie o tym, co jutro. W centrum Warszawy, w sobotni wieczór – to jest luksus, którego nie kupisz w żadnej restauracji.

Łącznie jest tu kilkanaście instalacji na trzech kondygnacjach. Nie opiszemy wszystkich: po pierwsze dlatego, że zepsułoby to efekt, po drugie dlatego, że naprawdę nie da się tego opisać. Trzeba wejść.

Jedno ostrzeżenie: naładujcie telefon

 Każdy pokój to gotowe ujęcie. Światła, kolory, kompozycje, których nie powtórzycie nigdzie indziej w tym mieście. Widzieliśmy ludzi robiących sobie sesje zdjęciowe telefonem, a wynik wyglądał jak profesjonalna produkcja. Jeśli ostatnio brakowało Wam pomysłu na ciekawego posta – ten problem właśnie się rozwiąże.

A potem wychodzicie – i macie cały wieczór

I tu jest klucz, dla którego to piszemy. melt museum nie jest alternatywą dla wyjścia na miasto. Jest jego najlepszym początkiem.

Wizyta trwa od 45 minut do półtorej godziny. Potem stoisz na Placu Powstańców Warszawy, nakręcony, pełen wrażeń, z głodem, bo przez ostatnią godzinę nie myślałeś o jedzeniu. Nowy Świat jest trzy minuty pieszo. Plac Trzech Krzyży siedem. Chmielna, Foksal, Mokotowska, Krucza – całe wieczorne życie centrum jest dosłownie za rogiem. Kolacja, drink, spacer. Cokolwiek chcecie, jest dwie przecznice dalej. Tyle że teraz macie o czym rozmawiać.

Cały wieczór – melt museum, kolacja, drink – zamykacie w budżecie ok. 200 zł na dwoje. Mniej niż jeden dobry posiłek w restauracji z górnej półki. A wrażeń nie porównujmy.

Zanim pójdziecie, mamy dla Was promocję

  • melt museum
  • Plac Powstańców Warszawy 2a, Śródmieście (wejście od ul. Wareckiej)
  • Na każdą godzinę jest ograniczona pula miejsc. Weekendy wyprzedają się szybko.

Rezerwacja online: meltmuseum.com

Są miejsca, o których czytasz i myślisz: może kiedyś. I są takie, po których otwierasz stronę z biletami jeszcze tego samego wieczoru. Sprawdźcie, do której kategorii należy melt museum – najlepiej w ten weekend.

melt museum

i

Autor: melt museum/ Materiały prasowe

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki