Puste miejsce na postoju. Czersk stracił człowieka, którego znał każdy
Na postoju taksówek w Czersku panuje dziś cisza. Jeszcze kilkanaście dni temu stał tam samochód pana Kazimierza – człowieka, którego znali niemal wszyscy mieszkańcy. Nie ma już jego auta, spokojnego głosu ani codziennej obecności, do której przez lata przywykli pasażerowie.
Pozostały wspomnienia, znicze i świadomość, że zakończyła się pewna epoka. Dla wielu mieszkańców nie był jedynie kierowcą taksówki. Był osobą, która przez dziesięciolecia towarzyszyła im w codziennym życiu – dowoziła do pracy, do szpitala, na dworzec, rodzinne uroczystości, ale również w najtrudniejszych momentach, takich jak pogrzeby bliskich.
W sobotę, 20 czerwca Czersk pożegnał swojego wieloletniego taksówkarza. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyły setki osób – rodzina, przyjaciele, sąsiedzi oraz mieszkańcy, których przez niemal pół wieku woził po mieście i okolicach.
Tym razem to oni odprowadzili jego. Trumna pana Kazimierza spoczęła w rodzinnym grobie obok najbliższych. Rodzina zdecydowała, że podczas ceremonii nie będzie wystawione zdjęcie zmarłego. Bliscy chcieli zachować w pamięci jego prawdziwy obraz – męża, ojca, dziadka oraz człowieka, który najbardziej kochał rodzinę i kontakt z ludźmi.
Słowa kapłana poruszyły rodzinę i mieszkańców
Podczas mszy pogrzebowej duchowny zwrócił się do rodziny słowami pełnymi współczucia.
– Droga rodzino, jesteście dzisiaj bardzo bliscy sercu Jezusa, ponieważ doświadczacie cierpienia, na które w żaden sposób nie zasłużyliście – mówił kapłan.
Podkreślił także, że łzy, ból i cisza są naturalnym wyrazem miłości oraz tęsknoty za osobą, którą trzeba pożegnać.
– Są wyrazem miłości do tych, których przychodzi nam tutaj, na ziemi, pożegnać – dodał.
Po zakończeniu ceremonii wydarzyło się coś, co wzbudziło duże emocje wśród mieszkańców. Gdy większość żałobników opuściła cmentarz, a pracownicy zakładu pogrzebowego porządkowali kwiaty pozostawione na świeżej mogile, w ponad 30-stopniowym upale pękł jeden ze zniczy. Ogień przeniósł się na znajdujące się przy grobie dekoracje.
Sytuację szybko opanowano i płomienie zostały ugaszone. Choć najprawdopodobniej był to nieszczęśliwy zbieg okoliczności spowodowany wysoką temperaturą, wśród mieszkańców zdarzenie wywołało wiele rozmów i emocji.
Wieczorny kurs, z którego już nie wrócił
Pan Kazimierz zginął 12 czerwca. Tego dnia, tak jak robił to przez dziesiątki lat, wyjechał na kolejny kurs. Według ustaleń śledczych 27-letni Mateusz G., który wcześniej korzystał z jego usług, miał zamówić przejazd do Chojnic.
W trakcie podróży miał poprosić o zjazd na leśny parking w okolicach Młynek. To właśnie tam doszło do brutalnego ataku. Taksówkarz próbował się bronić, jednak nie przeżył odniesionych obrażeń.
Śmierć 75-letniego taksówkarza głęboko poruszyła mieszkańców Czerska. Wielu z nich znało go od lat, jednak nie wszyscy chcą dziś publicznie mówić o tragedii. – Boimy się. Tutaj wciąż mieszka rodzina sprawcy. Wolimy nie wypowiadać się pod nazwiskiem – mówi jedna z kobiet spotkanych po uroczystościach pogrzebowych.
– Kaziu zaczął jeździć jeszcze w latach 70. Woził ludzi do lekarza, na dworzec, wesela i pogrzeby. Zawsze był pogodny, spokojny i uśmiechnięty. Takich ludzi się nie zapomina – wspomina pan Jan, znajomy zmarłego.
Inna mieszkanka dodaje:
– Najstraszniejsze jest to, że on po prostu pojechał do pracy. Jak każdego dnia. I już z niej nie wrócił.
Ostatni ślad po człowieku, który przez lata woził innych
Na postoju taksówek w Czersku nadal pozostaje puste miejsce. W lesie w okolicach Młynek, gdzie doszło do tragedii, mieszkańcy zapalają znicze i pozostawiają kwiaty.
Dla wielu osób pan Kazimierz pozostanie symbolem człowieka oddanego swojej pracy i ludziom. Przez niemal pół wieku pomagał innym dotrzeć do celu. Swój ostatni kurs odbył w miejscu, z którego już nigdy nie wrócił.