– Do dymisji! – takie okrzyki padały z sali podczas wielogodzinnej dyskusji. Mieszkańcy przyszli licznie i byli dobrze przygotowani. Mieli dziesiątki pytań, także bardzo technicznych, dotyczących wody, hałasu, energii czy retencji. Szybko okazało się jednak, że ich największy żal nie jest skierowany do firmy stawiającej serwerownię. Najwięcej pretensji mieli do własnego samorządu.
„Nie chcemy prezentacji! Odpowiadajcie na pytania”
Gorąco zrobiło się właściwie od początku. Przedstawiciele inwestora chcieli najpierw przeprowadzić przygotowaną prezentację i kolejno wyjaśniać poszczególne elementy inwestycji. Mieszkańcy nie mieli jednak ochoty jej słuchać. Chcieli odpowiedzi na pytania tu i teraz.
Z sali padały głosy, żeby skończyć z prezentacją i dopuścić mieszkańców do mikrofonu. Przez mniej więcej godzinę firma próbowała kontynuować przygotowany wcześniej plan spotkania. W końcu ustąpiła. Prezentację przerwano, a mikrofon powędrował do mieszkańców. I wtedy zaczęła się prawdziwa dyskusja.
Pytania były bardzo konkretne. Ludzie chcieli wiedzieć, ile wody zużyje centrum danych, co stanie się z deszczówką, jak będzie wyglądała retencja, ile hałasu wygenerują urządzenia i jaką rzeczywiście moc będzie miał cały obiekt. Atmosfera była momentami bardzo gorąca, ale z czasem udało się nawiązać dialog. Przedstawiciele inwestora odpowiadali już bezpośrednio na pytania, a mieszkańcy dopytywali o kolejne szczegóły.
„To wam się nie udało!”
Im dłużej trwało spotkanie, tym wyraźniej było jednak widać, że sama serwerownia nie jest jedynym problemem. Mieszkańcy raz po raz wracali do jednego pytania: dlaczego dowiedzieli się o tak dużej inwestycji dopiero wtedy, gdy wszystko było już praktycznie przesądzone?
Przedstawiciele władz Piaseczna przekonywali, że procedury zostały przeprowadzone zgodnie z prawem, a informacje pojawiały się m.in. w Biuletynie Informacji Publicznej. Sala natychmiast odpowiedziała.
– To wam się nie udało. Mieszkańcy nie zostali poinformowani! – krzyknął jeden z uczestników.
To właśnie wtedy coraz więcej emocji zaczęło kierować się w stronę samorządowców. Robert Widz, II zastępca burmistrza Piaseczna, przekonywał, że urząd wykonał wszystko, do czego był zobowiązany przepisami. Tłumaczył, że inwestycja powstaje na terenie przeznaczonym w miejscowym planie pod działalność gospodarczą, a gmina działała w granicach obowiązującego prawa.
Mieszkańcom takie wyjaśnienie nie wystarczało. Ich odpowiedź sprowadzała się do jednego: to, że informacja była gdzieś formalnie dostępna, nie oznacza jeszcze, że mieszkańcy zostali rzeczywiście poinformowani.
„Do dymisji!”
W pewnym momencie emocje sięgnęły zenitu.
– Do dymisji! Do dymisji! – rozległo się z sali.
To nie był przypadkowy okrzyk. Jeszcze przed spotkaniem rozpoczęło się zbieranie podpisów pod petycją dotyczącą odwołania Roberta Widza. Zapytaliśmy o sprawę burmistrza Piaseczna Daniela Putkiewicza.
– Jest zbierana petycja w tej sprawie i jak trafi do urzędu, to oczywiście się do tego odniosę – powiedział burmistrz.
Putkiewicz podkreślał przy tym, że centrum danych jest inwestycją prywatną. – To jest inwestycja prywatna – zaznaczył. Jak tłumaczył, jego zastępca odpowiada również za szereg inwestycji prowadzonych bezpośrednio przez gminę. Wspominał o ponad 120 realizowanych przedsięwzięciach.
Burmistrz przyznał podczas rozmowy, że wcześniej władze nie przewidziały, iż akurat centrum danych wzbudzi tak duże emocje społeczne. Tłumaczył, że teren od dawna był przeznaczony pod działalność gospodarczą, a gmina nie może decydować, jaka konkretnie firma kupi działkę i jaki zgodny z planem biznes będzie tam prowadzić.
„Państwo nas pominęliście”
Jedna z mieszkanek bardzo wyraźnie tłumaczyła, że protestujący nie są przeciwnikami każdej inwestycji.
– Nikt z nas nie jest tutaj przeciwko budowaniu – mówiła. Jak podkreślała, sama jest inżynierem budownictwa i nie może być przeciwko inwestycjom, które prowadzą do rozwoju. Problem widzi gdzie indziej.
– Bardzo boli nas to, że państwo nas w tych uzgodnieniach pominęliście – mówiła.
Jej zdaniem znacznie wcześniej można było usiąść z mieszkańcami do stołu i ustalić takie warunki inwestycji, które ograniczyłyby konflikt. – Było bardzo wiele możliwości do wynegocjowania takich warunków, które mogłyby faktycznie zrobić z tego zrównoważone budownictwo – przekonywała.
Padł też argument dotyczący wody. – Wiecie państwo, że mamy ogromne problemy z zasobami wodnymi w Piasecznie – mówiła mieszkanka. Dopytywała też, dlaczego deszczówka z tak dużego terenu ma być ostatecznie odprowadzana, zamiast służyć mieszkańcom czy zieleni.
„Gdzie jest ten zbiornik?”
Wtedy doszło do jednej z najbardziej nerwowych, ale też najbardziej konkretnych wymian zdań wieczoru. Przedstawiciele inwestora zapewniali, że woda deszczowa będzie zbierana i wykorzystywana.
– Woda jest wykorzystywana i zbierana na terenie naszej inwestycji – przekonywał przedstawiciel firmy.
Z sali natychmiast padło pytanie: – Gdzie jest ten zbiornik na państwa planie? W którym gromadzicie deszczówkę?
Rozpoczęło się wskazywanie elementów projektu. Część mieszkańców podważała wyjaśnienia. – Nie ma, tylko pożarówka była! – padło z sali.
W końcu przedstawiciele inwestycji wyjaśnili, że zbiornik znajduje się pod parkingami. Ma mieć łącznie około 1129 metrów sześciennych. Czysta deszczówka z dachów ma być wykorzystywana ponownie, a ta zbierana z dróg i powierzchni, po których poruszają się samochody, ma być wcześniej oczyszczana.
„Co my zyskamy?”
To jednak nie zamknęło dyskusji. Mieszkańcy zaczęli stawiać kolejne pytanie: skoro centrum danych ma powstać w ich sąsiedztwie, co właściwie dostanie z tego lokalna społeczność?
– Co my zyskamy? – padło z sali.
Pytanie wracało kilka razy. Tym bardziej, że centrum danych nie będzie wielkim zakładem zatrudniającym setki mieszkańców. Ludzie pytali więc o inne, bardziej namacalne korzyści.
I tutaj przedstawiciele firmy zostawili otwartą furtkę. Zachęcali mieszkańców, by sami zgłaszali pomysły na to, w czym inwestor mógłby pomóc lokalnej społeczności. W grę mogą wchodzić konkretne inicjatywy społeczne, np. wsparcie remontu czy wyposażenia szkoły, szpitala albo innej lokalnej placówki. Przekaz był prosty: powiedzcie, czego potrzebujecie, a będziemy rozmawiać o tym, co jesteśmy w stanie zrobić.
Gmina „myśli” o cieple z serwerowni
Jeszcze jeden temat wzbudził na sali spore zainteresowanie. Centrum danych podczas pracy będzie wytwarzało duże ilości ciepła, które potencjalnie można wykorzystać zamiast wypuszczać je do otoczenia.
Przedstawiciele inwestora poinformowali, że ciepło o temperaturze około 30 stopni Celsjusza będzie dostępne do wykorzystania, a informacja o takiej możliwości została już przekazana gminie.
Samorządowcy tłumaczyli, że gmina myśli i analizuje, w jaki sposób takie ciepło można byłoby wykorzystać. To natychmiast wywołało reakcję mieszkańców, którzy zauważyli, że o podobnych pomysłach słyszą już od dłuższego czasu, a konkretnego rozwiązania nadal nie ma.
– Gmina myśli – można było usłyszeć na sali.
Dla części mieszkańców właśnie to stało się symbolem całego problemu: inwestycja posuwa się naprzód, a samorząd nadal zastanawia się, co można z niej uzyskać dla lokalnej społeczności.
Firma: chcemy rozmawiać
Po spotkaniu rzecznik Budimeksu Marcin Graczyk przekonywał w rozmowie z „Super Expressem”, że mimo emocji spotkanie ocenia dobrze.
– Mieszkańcy przyszli z szeregiem pytań i wątpliwości. Staraliśmy się odpowiedzieć na jak najwięcej, tłumaczyć i rozmawiać o faktach – mówił.
Podkreślał, że firma chce dalej prowadzić rozmowy. – Jesteśmy zawsze za tym, żeby transparentnie rozmawiać ze społecznością – zapewniał.
Graczyk zwracał też uwagę, że skala inwestycji jest jego zdaniem przedstawiana w dyskusji jako znacznie większa, niż jest w rzeczywistości. – Tutaj mówimy o inwestycji poniżej 50 MW – powiedział. Według niego porównywanie jej do największych centrów danych budowanych w Stanach Zjednoczonych jest nieuprawnione.
To nie koniec spotkań
Kilka godzin dyskusji nie sprawiło, że mieszkańcy nagle przestali mieć obawy. Nie zniknęły też pretensje do władz Piaseczna. Zmieniło się jednak jedno. Po bardzo ostrym początku przedstawiciele inwestora i mieszkańcy zaczęli ze sobą rozmawiać punkt po punkcie.
Firma otworzyła też rozmowę o tym, co może zrobić dla lokalnej społeczności, a jednym z potencjalnie najcenniejszych zasobów pozostaje ciepło wytwarzane przez centrum danych. Padły również zapewnienia, że nie będzie to ostatnie takie spotkanie.
Dla wielu uczestników najważniejszy problem pozostaje jednak ten sam. Nie pytają już tylko: co powstanie przy Energetycznej? Pytają przede wszystkim: dlaczego zaczęto z nami naprawdę rozmawiać dopiero wtedy, kiedy budowa już ruszyła?