Spis treści
Tragiczny wypadek tramwajowy. Co się wydarzyło?
Dramat rozegrał się w piątkowe przedpołudnie, 12 sierpnia 2022 roku. Czteroletni chłopiec wysiadał wraz z babcią z tramwaju linii 18 przy ul. Jagiellońskiej. Kobieta opuściła pojazd jako pierwsza, za nią podążało dziecko. Niespodziewanie drzwi starego składu przytrzasnęły mu nóżkę. Tramwaj ruszył, ciągnąc bezbronnego chłopca po torowisku. Malec nie miał szans na przeżycie.
Po wypadku Tramwaje Warszawskie zapewniały, że pojazd był sprawny technicznie. - Wagon spełniał wszystkie wymogi bezpieczeństwa określone w rozporządzeniu. Dotyczyło to także systemów bezpieczeństwa drzwi i systemu zapobiegania przytrzaśnięcia pasażera - informował wówczas Maciej Dutkiewicz, były rzecznik prasowy Tramwajów Warszawskich.
Tramwaje Warszawskie o stanie technicznym pojazdu
To samo usłyszeliśmy od obecnego rzecznika, Witolda Urbanowicza. - Tramwaje z rodziny 105N są eksploatowane w Polsce od kilkudziesięciu lat i nadal stanowią powszechnie użytkowany typ taboru w wielu miastach. Wagony kursujące w Warszawie posiadają wymagane dopuszczenia do ruchu i spełniają obowiązujące wymagania w zakresie dopuszczenia do ruchu oraz bezpieczeństwa eksploatacji. Każdego dnia tramwaje tej serii oraz ich pochodne bezpiecznie przewożą setki tysięcy pasażerów. Po tragicznym wypadku spółka przeprowadziła dodatkowy przegląd mechanizmów drzwiowych we wszystkich eksploatowanych wagonach tej serii. Kontrola potwierdziła spełnianie obowiązujących wymagań - powiedział.
Sprawą wypadku zajęła się prokuratura. Przesłuchano świadków, w tym babcię chłopca oraz osoby, które próbowały zatrzymać tramwaj. Równolegle eksperci analizowali możliwe przyczyny tragedii. Rekonstrukcja przygotowana przez Crashlab.pl pokazała, że mechanizm drzwi może nie zadziałać w określonych sytuacjach.
Błąd konstrukcyjny starych tramwajów?
- Drzwi tramwaju składają się z dwóch skrzydeł. Na ich pionowych krawędziach znajdują się uszczelki gumowe. W przypadku zamknięcia drzwi nie dochodzi do styku krawędzi skrzydeł, lecz stykają się ze sobą uszczelki. Ze względu na elastyczność uszczelki i odstęp pomiędzy krawędziami istnieje możliwość umieszczenia przeszkody pomiędzy krawędziami drzwi. Dodatkowo skrzydła wykonane są z tworzywa sztucznego i istnieje możliwość ich wyboczenia. Nie występuje też idealne spasowanie dolnych krawędzi drzwi z podłogą. Te okoliczności powodują, iż pomimo znalezienia się przeszkody pomiędzy krawędziami skrzydeł drzwi może nie zadziałać zarówno rewers, jak również mechanizm blokady jazdy - słyszeliśmy na umieszczonym w serwisie YouTube nagraniu.
Ekspert wskazywał także na możliwy błąd konstrukcyjny. - Rozporządzenie Ministerstwa Infrastruktury wymaga testowania mechanizmu w określony sposób, który jednak nie uwzględnia do końca rzeczywistości. Nie żyjemy w układzie idealnym, w którym przeszkoda jest sztywna, prostopadle wkładana w drzwi. I jeżeli jest to jakaś przeszkoda o mniejszym przekroju znajdująca się w specyficznym miejscu jak np. rączka czy nóżka dziecka, czy nawet osoby dorosłej, to według mnie świadczy to o błędzie konstrukcyjnym, bo mechanizm rewersowy działa poprawnie, blokada ruszenia pojazdu też działała, a mimo przeszkody tramwaj może ruszyć i kontynuować jazdę - wyjaśnił już bezpośrednio w rozmowie z „Super Expressem” inż. Rafał Bielnik z Crashlab.pl.
W kolejnych miesiącach śledztwo przerodziło się w proces karny. Motorniczy Robert S. usłyszał zarzuty, że „umyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym oraz przepisy instrukcji dla pracowników Tramwajów Warszawskich i nieumyślnie spowodował wypadek ze skutkiem śmiertelnym”. Groziło mu do ośmiu lat więzienia.
Wstrząsające zeznania świadków
Dowody, w tym monitoring i wykaz połączeń telefonicznych, miały wskazywać, że podczas jazdy korzystał z telefonu i słuchawek. - Oprócz tego po zamknięciu drzwi nie upewnił się odpowiednio, czy ruszenie pojazdem nie spowoduje krzywdy wysiadającym pasażerom oraz osobom znajdującym się na przystanku. Na ocenę sytuacji wokół tramwaju poświęcił zbyt mało czasu - mówiła na jednej z rozpraw prokurator Aleksandra Krasuska-Szewczak.
Przed sądem zeznawali świadkowie zdarzenia. - Jechałam odebrać dyplom z uczelni. Wysiadłam na przystanku. Nagle usłyszałam krzyk. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam panią, która się przewróciła. Krzyczała. Próbowałam podejść i jej pomóc. Wtedy zauważyłam tramwaj, który odjeżdża ciągnąc za sobą chłopca - słyszeliśmy między innymi. Wstrząsające relacje składali też inni świadkowie, którzy próbowali zatrzymać pojazd, trąbiąc i migając światłami.
W toku procesu pojawiły się również głosy dotyczące bezpieczeństwa starego taboru. - Te tramwaje są niebezpieczne, nie powinny jeździć po Warszawie! - mówił były szkoleniowiec motorniczych Krzysztof Leśniak. Podczas rozprawy tłumaczył: - Jeśli człowiek stanie przy ostatnich drzwiach tramwaju, motorniczy nie ma szans go zauważyć.
Mowy końcowe i żądania prokuratury
Na początku lutego 2026 roku zakończyły się mowy końcowe w sądzie. Prokuratura domagała się dla oskarżonego sześciu lat więzienia.
- To nie był, jak wiadomo, pierwszy kurs pana S. Był on doświadczonym motorniczym, a wizualizacja i zgromadzony materiał wskazują, że niedostrzeżenie tej dramatycznej sytuacji z 12 sierpnia tkwi wyłącznie w braku należytej obserwacji, należytej koncentracji przez prowadzącego tramwaj - mówił pełnomocnik rodziny zmarłego w wypadku 4-latka.
Obrona przekonywała natomiast, że tragedia złamała życie motorniczego. - Ten wypadek zmienił jego życie, zmienił osobowość. Pan Robert S. nigdy nie podniesie się już z tego wypadku. [...] Jak pan Robert S. trafi do więzienia w takim stanie, w jakim jest, to jest duże prawdopodobieństwo, że stanie się tragedia. Robert S. poniósł już karę - mówił obrońca.
Wyrok w sprawie wypadku
We wtorek (17 lutego), po wielomiesięcznym procesie, zapadł wyrok. Robert S. został skazany na 1,5 roku pozbawienia wolności. Ma też zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na 4 lata (który biegnie od 2022 roku) i musi zapłacić 100 tysięcy złotych zadośćuczynienia rodzinie ofiary.
- Mam wrażenie, że brakuje nam tutaj oceny, czy te tramwaje są bezpieczne, czy kolejne takie zdarzenie nie będzie miało miejsca i czy Tramwaje Warszawskie w ogóle przejęły się całą tą sytuacją i dbają o nasze bezpieczeństwo? Tak więc jest to pytanie otwarte: czy tramwaj, który był bezpieczny 40 lat temu, jest bezpieczny również dzisiaj? A decyzja o ewentualnej apelacji zostanie podjęta, gdy zapoznamy się z uzasadnieniem - powiedział "Super Expressowi" po ogłoszeniu wyroku adwokat Robert Ofiara.