Gazownik truje uczniów

2009-10-10 3:40 (zd)

W szkole przy ulicy Komorskiej na Pradze-Południe od kilku dni sieje postrach nieznany szaleniec, który rozpyla w klasach gaz. Uczniowie lądują w szpitalach, rodzice mają pretensje do dyrektorki szkoły, a ta uważa, że "dotrzymuje procedur".

To miała być zwyczajna lekcja w Zespole Szkół Spożywczo-Gastronomicznych, a skończyło się dramatem. Uczniowie nagle zaczęli słabnąć, wymiotować, poczuli straszne bóle głowy, łzawiły im oczy. Po chwili w placówce zaroiło się od strażaków i karetek na sygnale - już było wiadomo, że w klasach pojawił się nieznany gaz. Przez dwa kolejne dni koszmar się powtarzał. - Odebrałam telefon od półprzytomnego syna, że zabrało go pogotowie, bo znowu pojawił się gaz! - mówi roztrzęsiona Beata Szymańska (39 l.), mama poszkodowanego Piotrka (17 l.). Według kobiety szkoła kpi z rodziców, wystawiając uczniów na niebezpieczeństwo. - Boimy się posyłać dzieci do szkoły, a dyrekcja nie potrafi nam pomóc! - denerwuje się. Piotrek wylądował w szpitalu na Niekłańskiej z dwiema koleżankami, które też się zatruły.

Lekarze nie mieli najmniejszych wątpliwości - to nieznany gaz spowodował zasłabnięcia uczniów. U Piotrka wykryto nawet zaburzenia serca! - To zdrowy chłopak, sportowiec, dopiero co był badany i nikt nic nie wykrył - załamuje ręce ojciec, Dariusz Szymański (54 l.). Okazuje się, że Piotrek musiał zostać w szpitalu na obserwacji. Chłopak natychmiast został podłączony do kroplówki. - Nikt w szkole nie potrafi nam pomóc i złapać tego szaleńca, który dzień po dniu truje nasze dzieci! - płacze pani Beata.

Strażak st. asp. Grzegorz Trzeciak potwierdza: w szkole ktoś rozpyla gaz. - To był gaz, prawdopodobnie łzawiący, ale możliwe też, że któryś z uczniów bawi się w domorosłego chemika - wyjaśnia.

Dyrektorka szkoły bagatelizuje problem.

- Lekcje odbywają się bez zakłóceń, uczniowie są pod opieką, dotrzymujemy wszystkich procedur - twierdzi dyrektor szkoły Ewa Lada.