Kilka minut wyczytywano jego obrażenia. 4-letni Oluś zginął pod tramwajem. „Wiele złamań i pęknięć”

2026-02-18 18:00

Na ul. Jagiellońskiej w Warszawie drzwi starego tramwaju przytrzasnęły nóżkę 4-letniego chłopca. Pojazd ruszył i ciągnął dziecko przez około 420 metrów. Skala obrażeń była tak potworna, że chłopiec nie miał żadnych szans na przeżycie. Co takiego się wydarzyło i dlaczego maluszek zginął?

Wypadek tramwaju w Warszawie. Co się stało?

Do dramatu doszło przy przystanku Batalionu „Platerówek” w 2022 roku w Warszawie, gdy 4-latek wysiadał razem z babcią z ostatniego wagonu tramwaju jadącego w kierunku pętli Żerań FSO. Kobieta opuściła pojazd jako pierwsza, za nią wysiadało dziecko, ale drzwi przytrzasnęły mu nogę. Tramwaj ruszył, ciągnąc bezbronnego chłopca po torowisku, mimo rozpaczliwych prób zatrzymania pojazdu.

Kobieta starała się wyciągnąć wnuka, którego lewa nowa utknęła miedzy powłoką ostatniego schodka a drzwiami. Próbowała zatrzymać pojazd, uderzając pięściami w drzwi wagonu, jednak motorniczy ruszył − opisywała sędzia Katarzyna Wanat.

Obrażenia 4-latka po wypadku tramwaju

Lista obrażeń odczytana na sali rozpraw była wstrząsająca. Sąd przez kilka minut wymieniał urazy, jakich doznało dziecko. To m.in. rozległe obrażenia głowy, złamanie sklepienia czaszki oraz nosa, rozerwanie błony języka i jamy ustnej, złamanie obu łopatek, obojczyka, kości piszczelowej i stłuczenie miąższu płuca.

Motorniczy skazany. Jaki wyrok usłyszał?

Sędzia Katarzyna Wanat w ustnym uzasadnieniu wyroku, który zapadł we wtorek (17 lutego), podkreśliła, że wina motorniczego jest bezsporna. Wskazała, że naruszył zasady bezpieczeństwa, nienależycie obserwował drogę i aktywnie korzystał z telefonu komórkowego oraz zestawu słuchawkowego.

Półtorej sekundy, tyle Robert S. poświęcił, aby upewnić się, że bezpiecznie może ruszyć z przystanku. Poświecił niewystarczającą ilość czasu na obserwację przystanku, bo gdyby było inaczej, to dostrzegłby, czy ruszenie tramwaju nie spowoduje niebezpieczeństwa dla pasażerów. Gdyby tylko spojrzał w lusterko dostrzegłby przytrzaśniętego Aleksandra − argumentowała Katarzyna Wanat.

Sąd ustalił, że układy bezpieczeństwa w tramwaju działały prawidłowo, wagony miały aktualne badania techniczne, a warunki drogowe były dobre. Zdaniem biegłych wysiadający chłopiec i jego babcia powinni być widoczni dla motorniczego. − Sąd ustalił, że zachowanie pani Marii było prawidłowe, nie przyczyniała się ona do wypadku − stwierdziła sędzia Wanat.

Motorniczy, pracujący w zawodzie od 14 lat i wcześniej uczestniczący w dwóch kolizjach, został skazany na półtora roku bezwzględnego więzienia, czteroletni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych (od 2022 r.) oraz obowiązek zapłaty 100 tys. zł zadośćuczynienia rodzinie ofiary. Prokurator domagał się sześciu lat więzienia.

Sąd wziął pod uwagę okoliczności obciążające i łagodzące. Oskarżony naruszył zasady ruchu drogowego i ponosi za to odpowiedzialność, ale sam leczy się, izoluje się od ludzi − zauważyła sędzia.

Robert S. nie przyznał się do winy, choć przeprosił rodzinę chłopca. Na ogłoszenie wyroku nie przyszedł. Wyrok nie jest prawomocny, a obrona zapowiada analizę uzasadnienia i możliwą apelację.

Czterolatek zginął ciągnięty przez tramwaj. Rok od tragedii mieszkańcy wciąż pamiętają
Sonda
Umiesz udzielić pierwszej pomocy?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki