Na początku roku, przy ulicy Puławskiej 238 na warszawskim Mokotowie, pojawiła się śnieżna instalacja, obok której trudno było przejść obojętnie. Na jednej z ławek „zasiadła” rodzina bałwanów: dopracowanych w detalach, wykonanych z wyraźnym wyczuciem formy i humoru.
Zimowe rzeźby szybko zaczęły przyciągać spacerowiczów, którzy robili im zdjęcia i chętnie dzielili się nimi w mediach społecznościowych.
Z czasem bałwania rodzina zaczęła się powiększać. Najpierw dołączyła kolejna postać, później jeszcze jedna − miniaturowa, symbolizująca następne dziecko. Każda nowa figura tylko podsycała zainteresowanie, a śnieżna ławka stała się lokalną atrakcją i jednym z najbardziej rozpoznawalnych zimowych motywów stolicy. W sieci powstała nawet specjalna grupa poświęcona bałwankom, a zdjęcia były masowo przerabiane, także z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
Autor rzeźb do dziś pozostaje nieznany. W internecie krążyła informacja, że za instalacją stoi ukraiński artysta, który tworzył ją wspólnie z córką. Miał regularnie wracać na miejsce, zwłaszcza wieczorami, by naprawiać drobne uszkodzenia, na przykład wtedy, gdy jednemu z bałwanów odpadła noga. Niezależnie od tego, kim był twórca, jego praca budziła powszechny podziw i była dowodem dużego talentu.
Sielanka nie trwała jednak długo. Po kilku tygodniach zimowej popularności historia bałwanów zakończyła się nagle i brutalnie. Najprawdopodobniej we wtorek (20 stycznia) ktoś zdemolował śnieżną instalację przy Puławskiej. Rano mieszkańcy odkryli, że z rzeźb zostały jedynie porozrzucane kawałki śniegu.
To nie odwilż była przyczyną zniszczeń, lecz wandal, któremu z niezrozumiałych powodów przeszkadzała urocza śnieżna rodzina. Jak ironicznie komentowali niektórzy, sprawca okazał się „większym bałwanem” niż te, które własnoręcznie zniszczył.
Źródło: ESKA