- Od czasu „Szansy na sukces” pojawiło się wiele bardziej spektakularnych programów typu talent Co ma w sobie takiego Szansa na sukces, znacznie skromniejsza, niż „Idol” czy „The Voice of Poland”, że wciąż cieszy się sympatią widzów?
- Może właśnie ta prostota jest siłą tego programu. Dziennikarze często mnie pytają, czy to był pierwszy tego typu format w Polskiej telewizji. Oczywiście on wyprzedza „Idola” czy „Must Be The Music”, ale ja pamiętam też to, co było dużo wcześniej, czyli program profesora Bardiniego. Moim zdaniem to był pierwszy słowno-muzyczny talent show, mocno wyprzedzający epokę, pokazujący amatorów, którzy aspirowali do tego, aby być zawodowcami. To profesor Bardini wyznaczył ścieżkę, a dopiero potem pojawiła się „Szansa na sukces”, która niewątpliwie również mnie kształtowała. Pokazywała, że są amatorzy, którzy mają tak ogromny potencjał, że po chwili stawali się zawodowcami.
-Miał pan obawy przed premierą pierwszego odcinka nowej edycji co do tego, jak fani dawnej „Szansy na sukces” przyjmą tę nową edycję?
- Obawy zawsze są, ale reżyser, Konrad Smugą przyrzekł - i słowa dotrzymał - że to wszystko musi wyglądać na XXI wiek i na nowoczesną telewizję, choć musi zarazem zachować oryginalny pomysł, to co było podstawą „Szansy na sukces”. Chociaż mam wrażenie, że nawet bardziej ortodoksyjnie podeszliśmy do tego, biorąc pod uwagę, że w ostatnich odcinkach „Szansy na sukces” pan Wojciech Mann losował już utwory z takich plastikowych tubek, a my wróciliśmy do tradycyjnych taśm.
- Wiele osób zastanawiało się jak poradzi pan sobie w roli następcy Wojciecha Manna w roli następcy. Jak pan podszedł do tego zadania?
- Wojciech Mann jest nie do zastąpienia i o tym wszyscy wiedzą doskonale. Mówiąc inaczej: gdybym się zastanawiał, czy chcę być Wojciechem Mannem, to nie podszedłbym do tego programu. Po prostu wiedziałem od początku, że chcę być Arturem Orzechem.
- W tym programie swoje pierwsze kroki postawiło wielu artystów, którzy dziś wielkimi gwiazdami, jak Justyna Steczkowska, Ania Wyszkoni czy Joanna Kulig. Myśli pan, że w tej edycji uda się wyłowić talenty na podobną skalę?
- Mam w pamięci dwie takie osoby, które pojawiły się w tej edycji, ale nie chciałbym niczego sugerować widzom. Mam tę komfortową sytuację, że to nie ja decyduję, tylko bohaterowie naszego programu muszą wybrać zwycięzcę, zaś w odcinku finałowym wyboru dokonają widzowie „Szansy”. Mam nadzieję, że bez względu na to, czy te osoby wygrają program, czy nie, pojawią się w przestrzeni profesjonalnej. Przy najmniej niektórzy z nich. Oczywiście bardzo bym chciał nawiązać do znakomitej tradycji – Justyny, Kasi Stankiewicz i wielu innych artystów, którzy pojawili się w tym programie - ale szczęśliwie nie do mnie ta decyzja należy.
- Wkrótce usłyszymy pana także tradycyjnie podczas Konkursu Piosenki Eurowizji, który jak co roku będzie pan komentował. Pana komentarze, w których nie brakuje humoru i ironii stały się już niemal tradycją. Wiele osób ogląda transmisję z Eurowizji właśnie ze względu na nie. Zdaje pan sobie z tego sprawę?
- Wiele lat pracowałem na to, żeby być postrzeganym jako komentator Eurowizji, a cały czas mam takie zarzuty, że narzucam swój wizerunek koncertów Eurowizji. Nieżyjący już legendarny komentator telewizji BBC Terry Wogan, z którym miałem przyjemność rozmawiać o Eurowizji jako takiej, zwrócił mi kiedyś uwagę na to, że Eurowizja to takie miejsce, gdzie raz w roku spotykają się talenty oraz antytalenty, że system demokracji nie jest na tyle doskonały, by prowadził Eurowizję do kunsztu. Aczkolwiek mamy takie miłe doświadczenia jak Salvador Sobral, który pokazał, że nie tylko fajerwerkami żyje Eurowizja, że można wyjść na scenę, zaśpiewać piosenkę i Europa to doceni. Ja dzielę swoje życie eurowizyjne na dwa etapy. Na początku byłem de facto tłumaczem, a nie komentatorem. Niektórzy ludzie zarzucają mi, że skupiam uwagę nawet nie na sobie tylko na moich wyborach piosenek. To ja pytam: na czym polega rola komentatora? Czy komentator to tłumacz? Czy komentator widowiska sportowego skupia się tylko na tym, aby tłumaczyć, czy raczej wskazuje niedociągnięcia sędziego, prawego pomocnika, napastnika, który nie trafił w piłkę itd? Dla mnie słowo „komentator” oznacza komentowanie, a nie tłumaczenie. I to jest moja Eurowizja. Ja oczywiście podsuwam pewne pomysły, ale moim zdaniem rola komentatora właśnie polega na tym, żeby je podsuwać, a widzowie mają prawo się z tym zgodzić lub nie.
-Miał pan kiedyś przez to kłopoty?
- Na początku miałem drobne nieprzyjemności. Pamiętam do dziś, kiedy występował rumuński zespół Taxi. Pozwoliłem sobie wtedy na żart, bo właśnie Wogan nauczył mnie tego, że - cytuję jego słowa -”Eurovision is fun”, czyli żebyśmy nie traktowali tego zbyt poważnie, bo to jednak jest rozrywka. Powiedziałem więc wtedy: „Za chwilę wystąpi zespół Taxi, mają państwo 3 minuty na zaparzenie sobie herbaty albo kawy”. I za to mi się oberwało.
- Jak pan myśli, dlaczego Polakom wciąż, mimo kolejnych prób, jakoś nie udaje się zawojować Eurowizji?
- Próbuję walczyć z taką tezą, ponieważ my na Eurowizji poza „dużą” Eurowizją, wygrywamy wszystko. Eurowizja ma wiele formatów. Proszę zwrócić uwagę, że Edyta Herbuś i Marcin Mroczek w 2008 r. wygrali Konkurs Tańca Eurowizji w Glasgow. Roksana Węgiel wygrała Junior Eurowizję. Zwyciężamy w konkursach dla młodych muzyków, tancerzy. Dlatego moim zdaniem powinniśmy trochę odizolować się od tego myślenia, że nie jesteśmy w stanie wygrać Eurowizji, bo jesteśmy i spokojnie ją wygrywamy. Dużego formatu nam się nie udało wygrać, ale czekam na to.
- Czy wynika to z tego, że nasi reprezentanci faktycznie nie są wystarczająco dobrzy czy po prostu nie mamy szczęścia?
- Po latach jestem nawet bardziej niż przekonany o tym, że mamy takie dwie fazy w naszej historii na Eurowizji. Pierwsza faza sięga od występu Edyty Górniak przez lata 90. po 2003 rok, gdzie staraliśmy się pokazać najlepsze, co mamy, Na Eurowizję wysyłaliśmy Edytę Górniak, Justynę Steczkowską, Kasię Kowalską, Annę Marię Jopek itd. Tymczasem, moim zdaniem, w tej chwili Eurowizja to jest miejsce dla nowych twarzy, dla tych, którzy chcą zaistnieć. My często łączymy Eurowizję z występem zespołu ABBA, i słusznie, tyle, że ABBA nie była gwiazdą w 1974, kiedy wygrała ten konkurs. To był zespół na początku swojej wielkiej drogi do sukcesu.
- Jak ocenia pan szansę zespołu Tulia, który w tym roku będzie nas reprezentować?
- Jeśli chodzi o polskich reprezentantów, to nigdy ich nie oceniam. Zawsze trzymam kciuki, zawsze jestem z Polakami. Często słyszę pytanie: co zrobić, żeby wygrać Eurowizję? Trzeba chcieć, a potem zastanowić się, jak to zrobić.
Emisja w TV:
Szansa na sukces. Opole 2019
niedziela 15.15 TVP 2