- Bronisław Pawlik był jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów swojego pokolenia – uwielbianym przez widzów, kojarzonym z ciepłym wizerunkiem i kultowymi rolami, ale prywatnie pełnym napięć i wewnętrznych demonów.
- Choć aktorstwo przyszło do niego „przypadkiem”, stworzył wyrazisty styl oparty na rolach ludzi zagubionych, a przez ponad 50 lat tworzył burzliwe, lecz trwałe małżeństwo z Anielą Świderską.
- Za sceniczna perfekcją kryły się alkoholizm, choroba, samotność i rozczarowanie światem – dramat, który rozgrywał się poza światłem reflektorów aż do jego śmierci w 2002 roku.
- Ludzie na ogół traktują mnie z pewną sympatią. Dzisiaj spotkałem całą klasę dzieciaków z tornistrami i wszyscy powiedzieli mi: "dzień dobry". To jest cudowne – mówił w 1998 roku na antenie Polskiego Radia. Ten obrazek – aktor pozdrawiany przez dzieci – stał się symbolem jego popularności. Mało kto zdawał sobie sprawę, że za tym ciepłym wizerunkiem krył się człowiek pełen napięcia, wybuchowy, nieustannie walczący z samym sobą.
Aktorstwo przyszło „przypadkiem”
Pawlik długo nie planował kariery aktorskiej. Marzył o plastyce, rysował, rzeźbił, grał na skrzypcach. - Miałem to szczęście, że nie musiałem podejmować żadnych decyzji, bo tak po prostu wyszło, że zostałem aktorem – przyznawał po latach. Debiutował niemą rolą służącego w operze, jakby od początku skazany na bycie w cieniu. Paradoksalnie to właśnie z tego „cienia” uczynił swój znak rozpoznawczy. Nie pchał się do pierwszoplanowych ról. Najlepiej czuł się jako obserwator, komentator ludzkich słabości. -
Interesują mnie przede wszystkim ludzie mali, zagubieni w mechanizmie współczesnego świata, niepotrzebni
– mówił w 1988 roku na łamach „Ekranu”. Te słowa dziś brzmią jak osobiste wyznanie, nie tylko aktorska deklaracja.
Miłość na całe życie. „Woda i ogień”
Anielę Świderską (+95 l.) poznał w teatrze. Zakochali się niemal natychmiast. Mieli po 21 lat, gdy zdecydowali, że chcą być razem na zawsze. Przez pół wieku tworzyli jedno z najdłuższych małżeństw w polskim środowisku aktorskim. Dla wielu – wzór wierności i stabilizacji. - Byliśmy jak woda i ogień, ale przecież przeciwieństwa się przyciągają – wspominała Świderska w rozmowie z „Echem Dnia”. Ona – spokojna, powściągliwa, opanowana. On – raptus, choleryk, człowiek wewnętrznego chaosu. Pawlik nie udawał, że jest łatwym partnerem.
Czasem Nela nazywa mnie cholerykiem, a jednocześnie mówi, że jestem kimś, z kim można wytrzymać nawet 200 lat
– mówił z autoironią. Za tym humorem kryła się jednak prawda: życie z Pawlikiem było emocjonalnym rollercoasterem.
Alkohol – temat wstydliwy i niszczący
Najtrudniejsze chwile przychodziły wtedy, gdy wracał do domu „pod wpływem”. Aniela zamykała się w sypialni i płakała w poduszkę. Alkohol był w środowisku teatralnym czymś powszechnym, ale u Pawlika przestał być towarzyskim dodatkiem – stał się chorobą. Sam długo bagatelizował problem. - Setka dla animuszu jeszcze nikomu nie zaszkodziła – powtarzał. Problem polegał na tym, że u niego nigdy nie kończyło się na jednej setce. Wstydził się swojego uzależnienia. Obficie perfumował się wodą kolońską, próbując oszukać zapach i ludzi. Jeden z kolegów mówił wprost:
Wylewał na siebie hektolitry wody kolońskiej. To była próba oszukania świata. I samego siebie.
Zdarzało się, że wchodził na scenę po kilku głębszych. Nigdy jednak nie zawalił przedstawienia. Profesjonalizm był dla niego świętością. Prywatnie jednak coraz bardziej się gubił.
Perfekcjonista, który nie umiał odpuścić
Pawlik był aktorem obsesyjnie precyzyjnym. Każdy gest, każdy rekwizyt miał znaczenie.
Gdy po kilkudziesięciu spektaklach skradziono mi zegarek, z którym gram Dantona, posługiwanie się innym utrudniało mi życie na scenie
– opowiadał w „Teatrze”. Ten perfekcjonizm dawał mu wielkie role, ale odbierał spokój. Olgierd Łukaszewicz (79 l.) wspominał: - Z temperamentu raptus, bardzo pobudliwy, ale w gruncie rzeczy bardzo nieśmiały. Po wybuchach przychodziła skrucha, po awanturach – poczucie winy. Alkohol stawał się znieczuleniem, a potem katalizatorem kolejnych konfliktów.
Przez lata ciągnęła się za nim legenda „Misia z okienka”. Rzekoma wulgarna wypowiedź na antenie przylgnęła do niego jak metka. -
Zadziwia mnie ta anegdota. To nieprawda. Powstała kilka lat po tym, jak zakończyłem ten program
– prostował w Polskim Radiu. Odszedł, bo bał się zaszufladkowania. Ironia losu polegała na tym, że fikcyjny skandal żył własnym życiem, a prawdziwy dramat – alkohol, rozpad domowej równowagi – rozgrywał się po cichu, bez kamer.
Aniela uciekała do Skolimowa, on zostawał sam
Gdy córka Anna Maria wyprowadziła się z domu, cisza stała się nie do zniesienia. Aniela coraz częściej wyjeżdżała do Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Oficjalnie – żeby odpocząć. W rzeczywistości – żeby złapać oddech. Pawlik zostawał sam. Doglądała go wnuczka. Nie było rozwodu. Była lojalność do końca. Nawet wtedy, gdy aktor nie przestawał pić po udarze. Nawet wtedy, gdy choroba nowotworowa odbierała mu siły.
Choroba i gorzki finał
W 1998 roku przeszedł udar. Niedługo później zdiagnozowano nowotwór żołądka. Nie przestał pracować. Scena była jego jedynym znanym sposobem istnienia. Jednocześnie coraz bardziej izolował się od świata. - Teatr przestał być rodziną. Wszędzie króluje chamstwo i agresja. Zawiść i podłość stały się znakiem czasu – mówił w „Tygodniku ciechanowskim”. To nie były słowa aktora na emeryturze. To był głos człowieka zmęczonego, rozczarowanego, samotnego. Zmarł 6 maja 2002 roku. Pół roku później widzowie zobaczyli go w filmie „Wszyscy święci” – już po raz ostatni.
8 stycznia mija 100 lat od urodzin Bronisława Pawlika. W telewizji może znów zobaczymy Rzeckiego – dobrego, wiernego, uczciwego. Warto w tej rocznicy pamiętać także o drugim Pawliku – prywatnym, trudnym, przegranym z nałogiem, ale do końca wiernym swojej sztuce. Bo za każdą ukochaną rolą stoi człowiek. A czasem jego życie bywa znacznie bardziej dramatyczne niż wszystko, co zagrał na scenie.