- Pół roku, co najmniej tyle potrwa rehabilitacja pana Andrzeja. W tym czasie o koncercie nie ma mowy - mówi doktor Krzysztof Szczepański, dyrektor do spraw lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Włocławku.
W poniedziałek po godzinie jedenastej z wypadku do szpitala we Włocławku trafił lider Skaldów. Jest cały połamany. Ma sześć złamanych żeber. Po trzy z każdej strony. Złamany mostek. Złamaną łopatkę. No i najgorsze, że ma również połamany kręgosłup. Na szczęście w części lędźwiowej. Badania wykluczyły ucisk na rdzeń kręgowy. To ważne, bo dzięki temu nie doszło do paraliżu kończyn. Wszystko go bardzo boli. Żebra będą zrastać się cztery tygodnie. Mostek i łopatka sześć tygodni. Kręgosłup co najmniej trzy miesiące. Dopiero po tym okresie będzie można przystąpić do rehabilitacji.
ZOBACZ: Szulim i Haidar robią Dodzie na złość?
Lider Skaldów leży na oddziale chirurgii ogólnej. Z Krakowa dojechała do niego żona z dziećmi. Miał do nich jedną prośbę. Poprosił o telewizor, aby mógł oglądać mecze naszej reprezentacji.
Do wypadku samochodu, w którym jechali Skaldowie, doszło na autostradzie A1 w kierunku Łodzi w okolicach Włocławka. Wracali z koncertu w Kwidzynie. Samochód wpadł w poślizg, kilka razy koziołkował i dachował.
To nie pierwszy wypadek legendarnej grupy.
- Wypadek mieliśmy pod Sławnem w 1968 r., jak jechaliśmy do Sopotu. Wtedy też Andrzej najbardziej ucierpiał - zdradził nam jego brat Jacek (70 l.).