- Zamiana prowadzących popularnych programów to bardzo ryzykowna decyzja. W końcu nie wiadomo, jak widz odbierze te zmiany. Nie miałeś obaw?
- Zawsze jest jakieś ryzyko, ale czasy bardzo się zmieniły, dzisiaj nie ma już niezastąpionych prowadzących. No, może poza Karolem Strasburgerem – nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny prowadził „Familiadę”. Kiedy przyszła propozycja, żebyśmy z Norbim zamienili się programami, stwierdziliśmy, że trzeba spróbować. Mimo to ciągle byłem pytany, czy się boję. No właśnie nie! Lęk trzeba przełamywać. Gdy zacząłem prowadzić „Koło fortuny”, też pytano mnie, czy nie obawiam się porównań do Wojciecha Pijanowskiego. Wtedy również odpowiadałem, że nie. Dlatego, że zrobię to po swojemu.
- Dwa lata temu powierzono ci misję reaktywacji kultowego „Koła fortuny”. Odniosłeś sukces, a program zgromadził dużą widownię. Nie było ci żal odchodzić w takim momencie?
- Najtrudniej było pożegnać się z ekipą programu, wszystkimi tymi osobami, które pomogły mi stać się profesjonalnym prowadzącym. Do „Koła Fortuny” mam osobisty stosunek, traktuję ten teleturniej jak swoje dziecko. A dziecko też kiedyś wypuszcza się w świat. Kiedy zaczynaliśmy produkcję, wielu rzeczy musieliśmy nauczyć się od zera. Dziś program jest już sformatowany, wszystko jest ustalone i działa jak w dobrze naoliwionej maszynie.
- Czy to znaczy, że w programie „Jaka to melodia?” odnajdujesz się lepiej?
- Wychodzi na to, że tak! To jest muzyczny świat – występują u nas gwiazdy światowego formatu i największe osobowości rodzimej sceny muzycznej, przychodzą tancerze, następują widowiskowe zmiany scenografii, używamy niezwykle nowoczesnego systemu realizacji, tego samego, który wykorzystuje Eurowizja… Tutaj wszystko robi się z rozmachem – trochę jak koncert, a trochę jak wideoklip. W „Kole fortuny” muzyka to był jednak tylko dodatek. Tu mogę wyjść na scenę i zaśpiewać w całości utwór Franka Sinatry. Dobrze się w tym czuję.
- Zaczynałeś jako muzyk, ale przez ostatnie dwa lata coraz lepiej radzisz sobie w świecie telewizji, dostając kolejne propozycje. W czym się teraz czujesz lepiej: na scenie czy przed kamerą?
- To nie jest tak, że stoję przed wyborem: praca muzyka albo praca prezentera. Wydaje mi się, że mogę to połączyć. W Polsce niewiele jest osób, które prowadzą programy w telewizji, a jednocześnie pracują jako muzycy. Takie połączenie to ciężki kawałek chleba. Wiąże się z ogromnymi nakładami pracy, zaangażowania i czasu, a co za tym idzie z wyrzeczeniami w życiu prywatnym. Po prostu rzadko bywasz w domu. Ja nie jestem profesjonalnym prowadzącym, jak np. Tomek Kammel. Ciągle też rozwijam się jako wokalista. Staram się jednak zawsze być prawdziwy, pozostawać sobą – zarówno przed kamerą, jak w śpiewaniu. Nie udaję kogoś, kim nie jestem. Po prostu wykonuję muzykę rozrywkową i śpiewam z serducha, tak, jak potrafię. Nie silę się, by pozować na najlepszego wokalistę w tym kraju, mimo, że ogólnie mam dość sportowe podejście do życia. Zaakceptowałem jednak, że nie jestem doskonały.
i
- Kiedy żyje się między kolejnymi trasami koncertowymi, a nagraniami w telewizyjnym studiu, niewiele chyba zostaje ci czasu dla siebie… Udaje ci się go znaleźć?
- Tak, ale zwykle są to krótkie, dwu- lub trzydniowe wyjazdy. Jak mogę, to uprawiam kitesurfing, jeżdżę na Hel czy na Mazury. Mam parę takich ukochanych miejsc, do których wracam. Na przykład okres wakacji zwykle spędzam nad morzem i to stamtąd dojeżdżam na koncerty.
- Często słyszysz, że jesteś pracoholikiem?
- Tak, w domu słyszę to często. Moja dziewczyna narzeka, że za dużo pracuję, ale ja patrzę na to inaczej. Jest taki czas w życiu człowieka, kiedy ma najwięcej siły i chęci, żeby coś stworzyć, żeby działać. Nie można tyrać całe życie (śmiech)! Dlatego uważam, że pewne rzeczy trzeba w życiu skomasować. Jeżeli mogę brać to, co daje życie, to biorę. Przynajmniej wiem, że – stając przed lustrem – nigdy nie powiem sobie: miałeś szansę i jej nie wykorzystałeś.
Emisja w TV:
Jaka to melodia?
Poniedziałek-sobota 17.25 TVP 1
niedziela 18.30 TVP 1