- Kamil Stoch pożegnał się w pierwszej serii ze skocznią w Zakopanem
- Ostatnią próbę oddał na odległość 119,5 metra
- Polski skoczek po wywiadzie w Eurosporcie był pocieszany przez żonę Ewę Bilan-Stoch
- Stoch popłakał się tuż po rozmowie. Nie ukrył tego przed kamerami
Kamil Stoch popłakał się po wywiadzie. Pocieszała go żona
Niedzielny konkurs w Zakopanem zakończył się dla Kamila Stocha wielkim wzruszeniem i sportowym niedosytem. Legenda polskich skoków po raz ostatni wystąpiła na Wielkiej Krokwi w ramach Pucharu Świata. Tuż po oddaniu skoku, który nie dał mu awansu do finału, polały się łzy. W trudnych chwilach, w blasku fleszy, mistrza wspierała jego żona, Ewa Bilan-Stoch.
Obrazek Kamila Stocha wtulonego w ramiona żony, ocierającego łzy wzruszenia, stał się symbolem tego weekendu. To był koniec pewnej epoki. Choć kibice wiwatowali na cześć swojego idola, sam zawodnik w rozmowie z Eurosportem nie gryzł się w język, oceniając swoją dyspozycję.
– Na pewno wyciągnę wiele wspomnień z tego dnia i weekendu. Sportowo byłem dętką. Ani technicznie, ani fizycznie... To, co czułem. Miałem dotrwać do tego momentu, jak przychodzi 90 tysięcy ludzi [licząc łącznie przez weekend - red.], z którymi mogę się pożegnać. Nieważne, jakim skokiem. Mogłem pomachać do nich i się ukłonić. To było najważniejsze – wyznał szczerze przed kamerami.
Ostatni wywiad Kamila Stocha w Zakopanem
Stoch przyznał, że presja związana z ostatnim występem w "domu" była ogromna, a jego ambicja nie pozwalała mu przejść obojętnie obok słabszej formy. Noc poprzedzająca zawody była dla niego koszmarem.
– Nie mogłem zasnąć z kilku powodów. Pierwszy, sportowo jestem na kiepskim poziomie. Nie na takim, na jakim chciałbym być tutaj. Chciałbym oddać te skoki w ostatni weekend. Marzenia spełzły na niczym. Nie mogłem wykonać najprostszej rzeczy, mimo zaangażowania – tłumaczył z goryczą w głosie. – Nie mogłem zasnąć z czysto sportowej złości.
Dopiero widok morza biało-czerwonych flag i niesłabnący doping uświadomiły mu, że tego dnia metry nie są najważniejsze. – Widząc tych kibiców, którzy mówili same miłe rzeczy, uświadomiłem sobie, że nieważne, ile skoczę i tak to się stanie. Odepnę narty i pomacham. Zależało mi, żeby to były dwa skoki, ale rzeczywistość często jest inna niż planujemy – podsumował trzykrotny mistrz olimpijski.
Na koniec, w swoim stylu, z lekkim uśmiechem przebijającym przez wzruszenie, odniósł się do losów tego sezonu: – Z Panem Bogiem będę miał jeszcze do pogadania po tym sezonie, ale na razie to zostawiam.