Kłobucka policja pochwaliła się tym zatrzymaniem z tej przyczyny, że gdy kierowcy nakazano dmuchać w profesjonalny alkomat, to zabrakło w nim skali. Ponowna próba również dała taki sam rezultat, więc o pomyłce mowy być nie mogło. Pijak będzie miał spore problemy. Już stracił prawo jazdy. Stanie przed sądem. Jazda w takim stanie od dawna jest u nas uznana za przestępstwo. Do dwóch lat więzienia. I do tego jeszcze dojdzie grzywna. Ponad 4 promile alkoholu we krwi, to teoretycznie szkodzi nie tylko zdrowiu, ale nawet i życiu. W Danii swego czasu w ramach kampanii antyalkoholowej wyjaśniano, że mając 4,5 promila w sobie, człowiek przenosi się na inny świat. To chyba jednak dotyczy dzieci i Duńczyków. Polaków już nie. W tabeli promilowych rekordów krzepicki kierowca plasowałby się na samym dole.
10,24 promila miał bezdomny z Cieszyna (2011 r.). Takiego półnagiego i napitego znaleziono w śniegu, przy 10-stopniowym mrozie. Przeżył i mróz i sporo ponadnormatywne upojenie alkoholowe. Podobno niepobity do dziś rekord (2013 r.) w kategorii kobiecej należy do pani Sabiny z Goleniowa – 11 promili. Też przeżyła. Takiego szczęścia nie miał w 1994 r. 33-letni Jan M. i 15,9 promila go zabiło. W 2012 r. w Dobrołęce pod Ostrołęką pewien kierowca wjechał wprost pod tira. Nie przeżył. Policjanci pobrali próbkę jego krwi do analizy. Wyszło 22,3 promile! Drogówka podkreślała wówczas, że krew pobrano z rany, więc mogła być zanieczyszczona. Dlatego taki wynik, używając sportowej terminologii, należy uznawać za nieoficjalny promilowy rekord Polski. A jaki jest oficjalny? Przyjmuje się, że ustanowił go w 1995 r. kierowca Tadeusz S. Spowodował wypadek, z którego wyszedł ledwo żywy, mając 14,8 promila alkoholu we krwi! Picie przeżył, ale umarł w szpitalu w kilka dni później wskutek obrażeń odniesionych w wypadku.