"Super Express": - O bólu pleców zameldował pan tuż przed wyjazdem, w sytuacji, gdy cała kadra rozsypała się z powodu kontuzji. Jak było naprawdę z tymi plecami?
Grzegorz Szymański (29 l.): - Było jak było. Bolało, ale nikt nie jest w stanie udowodnić drugiemu człowiekowi, że coś mu dolega. To trzeba czuć.
- Murka bolało kolano, Świderskiego - bark. Ale obaj do Izmiru pojechali.
- Ale nie wiem, jak bardzo ich bolało. Wiem za to dokładnie, co sam czułem.
- Raul Lozano z pana zrezygnował. Da się to odkręcić?
- Myślę, że nie. Znam trenera od trzech lat i wiem, że jak raz podejmie decyzję, to już jej nie cofnie.
- Tuż przed ważnym turniejem rozpadła mu się drużyna...
- I pewnie dlatego był taki zdenerwowany. Ja byłem tym ostatnim i na mnie się skupiło. Ale nie z tego powodu mam żal. Przeczytałem wypowiedź lekarza kadry dr. Maronia, że: "Szymański zaczął narzekać na plecy dopiero, kiedy usłyszał, że Wlazły do Turcji nie jedzie".
- Pojawiły się głosy, że jest pan nie tylko symulantem, ale i tchórzem, który nie chce dźwigać ciężaru odpowiedzialności za grę.
- No właśnie. A ja zapytam tak: trenerze Lozano, czy ja po to trzy lata ostro zasuwałem na zgrupowaniach kadry, żeby dla kaprysu teraz rezygnować przed najważniejszymi meczami?
- Panie Grzegorzu, czy bolą pana plecy?
- W tej chwili, kiedy rozmawiamy - nie. Mam za sobą tydzień zupełnego wypoczynku, ból ustąpił w czwartek... nie, w piątek.
- Co mówią lekarze?
- Że to albo przepuklina, albo ucisk jakiegoś mięśnia na nerw. Jak będzie czas, to zrobią mi rezonans i może dojdą, co tam nawaliło.
- A gdyby Raula Lozano udało się przekonać do zmiany zdania?
- Fajnie, że jest jeszcze ktoś, kto w taki scenariusz wierzy. Mnie przychodzi to z trudem.