Smoleńsk, Płk Miedwiediew: Zbierałem ich ciała, a ich komórki ciągle dzwoniły

2010-05-28 12:06 Paweł Lickiewicz|Tomasz Radzik

Super Express dotarł do płk. Andrieja Aleksandrowicza Miedwiediewa (39 l.), który jako pierwszy dotarł na miejsce katastrofy Tu-154M i kierował pracą wszystkich służb prowadzących akcję. To on wydawał rozkazy ratownikom, lekarzom sądowym, strażakom i milicjantom.

Potem już na równi ze swoimi podwładnymi zbierał z polany ciała Polaków. – Wiele widziałem, ale to było coś przerażającego. Są uczucia, których nie da się opisać słowami – mówi nam wojskowy.

10 kwietnia płk Miedwiediew ze smoleńskiego oddziału Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych siedział w swoim gabinecie w centrum miasta. Nie słyszał przeraźliwego huku uderzającego w ziemię prezydenckiego samolotu. Wiadomość o katastrofie otrzymał jednak błyskawicznie. – To było może 90 sekund. Pierwsza myśl – działać, organizować! Pierwsze rozkazy – znaleźć jak najwięcej żywych ludzi i uratować ich – wspomina. 20 minut później Miedwiediew był już na miejscu katastrofy. – Wtedy zobaczyłem, że takiego wypadku żadna z osób nie mogła przeżyć. Żeby to stwierdzić, nie potrzebowałem od swoich ludzi żadnych raportów – ucina.

Miedwiediew koordynował pracę około tysiąca osób i ponad dwustu specjalistycznych pojazdów.
Przez kilka dni nie opuszczał miejsca, w którym doszło do tragedii. Najgorsze były jednak pierwsze godziny. – Osoby obyte ze śmiercią potrafią ją odbierać jako sytuację rutynową. Jest to cecha niezwykle cenna w czasie ekstremalnych sytuacji. Nikt z podległych mi ludzi nie mdlał, nie wymiotował, nie odmawiał wykonywania pracy. Jednak to, z czym przyszło nam się zetknąć 10 kwietnia, przerosło wiedzę wyniesioną ze szkoleń i wszystkie dotychczasowe doświadczenia – opowiada.

W kilkanaście minut po tym, gdy tupolew powinien wylądować na smoleńskiej ziemi, rozdzwoniły się telefony komórkowe. – To było coś strasznego. Telefony dzwoniły, a my w tym czasie wynosiliśmy zwłoki z polany przeoranej rozdartym kadłubem samolotu. To rodziny chciały zapytać, jak minął lot. A my już pracowaliśmy – mówi.

„Super Express” dotarł również do Romana Krjukowa (22 l.) i Dimitrija Nikonowa (23 l.), strażaków, którzy jako pierwsi zjawili się na miejscu katastrofy. – Powierzchnia ognia była niewielka, zajmowała około 20 metrów kwadratowych. Pożar został ugaszony bardzo szybko. Poszukiwaliśmy żywych ludzi. Niestety, siła uderzenia o ziemię była zbyt wielka – mówi Dimitrij.

Jego zdaniem o sile uderzenia świadczy fakt, że w dalszym etapie prac na miejscu katastrofy fragmenty ciał znajdowano w ziemi nawet na głębokości jednego metra.

Za wyjątkową ofiarność przy wypełnianiu służbowych obowiązków obaj strażacy zostali zaproszeni do Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Moskwie i odznaczeni medalami przez Bronisława Komorowskiego. – Byłem kilka razy na pustym dziś miejscu katastrofy. Myślałem o tym, co się zdarzyło. Wiem, że w samolocie znajdowali się bardzo ważni dla waszego państwa ludzie. Ale ja wynosiłem stamtąd przede wszystkim czyjeś mamy i tatusiów – mówi poruszony Krjukow.

Najnowsze