Wracał właśnie do domu w Kraśniku, ale postanowił jeszcze odwiedzić mieszkającego w Stróży kolegę, który ma warsztat samochodowy. Audi kupił kilka dni wcześniej i chciał pochwalić się nabytkiem. Dał kierunkowskaz w lewo i zatrzymał samochód.
W lusterku wstecznym zauważył jadącą za nim olbrzymią scanię. "Coś się nie zatrzymuje" - zdążył pomyśleć i dojrzeć jeszcze, że z naprzeciwka pędzi drugi tir. Ocknął się na tylnym siedzeniu z widokiem na... silnik własnego samochodu leżący na jezdni.
Akumulator i inne części rozbitego auta wystrzeliły nawet na 60 metrów! Miał wielkie szczęście - choć jadący za nim kolos pchnął go na tego jadącego z przodu, nic mu się nie stało. Ma jedynie podbite oko i rozciętą szyję.
Ale kraksa wyglądała masakrycznie. Świadkowie byli pewni, że pan Rafał zginął. Sprawca wypadku, 40-letni kierowca z Białej Podlaskiej, był przerażony. Moja wina, moja wina - powtarzał tylko. - Nie martw się kolego, nic mi nie jest. Zgapiłeś się, trudno. Każdemu się może zdarzyć - mówi Rafał Mazur, również zawodowy kierowca.