By zarazić się ptasią grypą, wystarczy przebywać koło ptaka albo zjeść surowe mięso. Tymczasem aż 116 osób miało kontakt z zarażonymi indykami z ferm koło Płocka. Wszystkie te osoby mają być szczepione.
- Jezus Maria! Ja te ptaki przenosiłem. Obcinałem im łby - mówi przerażony Tadeusz Rykowski (53 l.) spod Ornety (woj. warmińsko-mazurskie), który od reporterów "Super Expressu" dowiedział się o wykryciu w Polsce ptasiej grypy. - Nikt się ze mną nie skontaktował. Przecież ja mogłem się zarazić. A na to paskudztwo się umiera... - dodaje roztrzęsiony.
Trafiło do sklepów
Rykowski pracuje w ubojni w Drwęcznie koło Ornety. Pamięta, że indyki spod Płocka trafiły do ubojni 23 listopada. - Zabiliśmy je i mięso poszło do zakładów i hurtowni - wyjaśnia. W sobotę wyszło na jaw, że mięso było zarażone. Część została przerobiona na wędliny.
- 281 kilogramów trafiło z Drwęczna do sklepów na terenie naszego województwa - mówi Janusz Dzisko, dyrektor olsztyńskiego sanepidu. - Udało nam się odzyskać 72,15 kilograma mięsa, które jeszcze nie zostało sprzedane - dodaje.
Urzędnicza beztroska
Właścicielem ubojni w Drwęcznie jest Zbigniew Jaworski. Reporterom "Super Expresu" udało się do niego dodzwonić. Zapytaliśmy, dlaczego sprzedał mięso, skoro indyki padały jak muchy.
- Jadę samochodem do Warszawy. Nie będę z panem rozmawiał - usłyszeliśmy tylko w odpowiedzi.
Weterynarze nie ogłosili zagrożenia w Drwęcznie. Nasi dziennikarze na podwórku Sylwestra Krawczyka widzieli biegające kury.
- Nikt mi nie powiedział, że ta ptasia grypa dotarła aż tutaj. Ja od pana dowiaduję się, że te indyki były ubijane tutaj - mówi Krawczyk. Mężczyzna dopiero po naszej wizycie zagonił kury do kurnika.