"Salaput" dołączy do 15 swych ludzi siedzących od dwóch tygodni w areszcie.
Chodząca patologia i bandzior z Marek - tak mawia o sobie Andrzej P. Znany jest ze swojej brutalności i bezwzględności. Podczas jednego z napadów polewał swoje ofiary łatwopalną substancją i przypalał. Jego ulubionym narzędziem tortur było też żelazko, którym przypiekał ofiary.
Andrzej P. wpadł w środę ok. godz. 17, gdy w towarzystwie swej kochanki i jej kilkunastoletniej córki jadł obiad w znanej restauracji przy ul. Żurawiej. Nie wiedział, że został namierzony przez funkcjonariuszy. Kończył już posiłek, kiedy do lokalu weszło czterech policjantów wydziału zabójstw Komendy Stołecznej. Klientów i obsługę zelektryzował widok broni w ich rękach. Nim jednak zdążyli ochłonąć "Salaput" leżał już na podłodze skuty kajdankami.
- Uregulował rachunek i trafił na komendę - relacjonuje jeden z biorących udział w akcji policjantów.
Andrzej P. ma na swoim koncie handel narkotykami, wymuszenia rozbójnicze, porwania, rozboje i sutenerstwo. Jest też podejrzewany o handel kobietami zmuszanymi do prostytucji.
W więzieniu i aresztach spędził w sumie 18 lat. Pierwszy raz wpadł za kradzieże w wieku 13 lat. Swego czasu podejrzewano go też o egzekucję znanego praskiego złodzieja samochodów, zastrzelonego w latach 90. W 2006 r. Andrzej P. sam został postrzelony w barze przy ul. Tarchomińskiej. Cudem uniknął śmierci. W marcu doprowadził do otwartego konfliktu z gangiem Rafała S. ps. Szkatuła (35 l.). Poszło o strefy wpływów i zyski z przydrożnej prostytucji oraz handlu narkotykami. Jego żołnierze (zatrzymani 7 kwietnia) brali między innymi udział w strzelaninie przy cmentarzu w Markach.