Do tej okrutnej zbrodni doszło tuż po świętach Bożego Narodzenia 2017 roku. Marzena M. i Grzegorz J. mieszkali w jednej z łódzkich kamienic. Planowali ślub, jednak zamiast wesela trzeba było wyprawić pogrzeb, choć wcześniej nic nie zapowiadało takiej tragedii.
Kobieta od rana krzątała się w kuchni. Wstawiła rosół, miała przygotować makaron. Na swoje nieszczęście tuż przy kuchence gazowej pojawił się Grzegorz J. i zaczął złośliwie komentować poczynania swojej lubej.
- Ubliżał mi – mówiła kobieta w trakcie śledztwa. - Zdenerwowałam się na niego, złapałam za chochlę i walnęłam nią Grześka w twarz. Dostał mocno, bo łyżka się złamała.
Do zbrodni zabójstwa przed sądem się jednak nie przyznała. Tymczasem prokuratura zarzuciła jej, że uderzyła swojego partnera łyżką nie raz, a trzykrotnie, dodatkowo zadała mu dwa ciosy nożem. Potwierdziła to sama oskarżona jeszcze podczas zbierania materiału dowodowego. W trakcie procesu wycofała się jednak z tych zeznań.
- Gdyby Grzegorz z nami był, to by potwierdził, że to nie ja go zabiłam – zapewniała przed sądem. - Tego dnia wieczorem wzięłam tabletki na sen. Włączyłam telewizor i zasnęłam. Kiedy się obudziłam, Grzesiek leżał na podłodze. Zorientowałam się, że nie oddycha. Zaczęłam krzyczeć, wtedy przybiegli sąsiedzi. Nie miałam powodu, by go zabijać. Tworzyliśmy udany związek - tłumaczyła.
Sędzia Wioletta Kubasiewicz uznała jednak, że wina oskarżonej jest bezsporna i wymierzyła jej wyrok 25 lat więzienia. Obrońca Marzeny M. już zapowiedział złożenie apelacji, bo ona sama prosiła o uniewinnienie.
i
i