Na ratunek ruszył jego kolega Krzysztof. Bez wahania wskoczył do silosa. Nic to nie dało. Jan już nie żył, a Krzysztof (24 l.) stracił przytomność.
Bałoszyce (woj. warmińsko-mazurskie). To tu doszło do tragedii. Krzysztof, który spieszył z pomocą, walczy o życie w szpitalu. Policja i prokuratura wyjaśniają, dlaczego gaz, który wytwarza się przy kiszeniu kapusty, był tak zabójczy.
- Mordercy. Zabili mojego męża. I nie chcą mnie teraz wpuścić do zakładu. A ja potrzebuję dokumentów, by go pochować Janka - wykrzykuje przed bramą zrozpaczona żona, Mirosława Goszcz (43 l.).
- Wykorzystywali mojego syna - łka Jan Goszcz (70 l.).
Opowiadają, że w poniedziałek Jan miał pracować przy silosie z kiszoną kapustą. Mężczyzna wyjmował deski z silosa. Nagle stracił przytomność i wpadł do środka.
Stało się to na oczach jego kolegi. Ten, chcąc ratować Jana, wskoczył do silosa. Momentalnie też stracił przytomność.
- Przyjechało pogotowie, ale reanimacja starszego mężczyzny nie pomogła. Młodszy jest w ciężkim stanie - mówi komisarz Anna Siwek, rzecznik olsztyńskiej policji.
Mirosław P., właściciel zakładu, nie chciał z nami rozmawiać.
Obojętnie przeszedł też koło cierpiącej kobiety.
- Powiedzieli mi, że może spotka się ze mną w środę. A mojego męża to strasznie wykorzystywali. Janek zarabiał 5,5 złotego na godzinę. I za tyle zginął - mówi z żalem wdowa, i dodaje, że długo pracował na czarno i dopiero teraz dostał umowę.
- Winni śmierci mojego męża muszą być ukarani - płacze pani Mirosława.
To był silnie trujący gaz
Brygadier Marek NamysŁowski (49 l.) ze StraŻy poŻarnej w Toruniu:
- Najprawdopodobniej gazami, które wytworzyły się podczas produkcji, były dwutlenek węgla i siarkowodór. Pierwszy wypiera tlen, co prowadzi do utraty przytomności. Drugi jest silnie toksyczny i trujący.