Piekło na Washington Street. Zniszczony sprzęt i walka o każde życie
Kiedy 11 września o godzinie 9:59 i 10:28 runęły obie wieże World Trade Center, potężna fala uderzeniowa i tysiące ton gruzu spadły na okoliczne ulice. Na ulicy Washington Street oraz w bezpośrednim sąsiedztwie kompleksu rozegrały się sceny jak z filmu katastroficznego. Wśród pyłu sięgającego kostek strażacy z FDNY (Fire Department of the City of New York) próbowali gasić płonące wraki samochodów i wozów bojowych.
Wiele jednostek, które przybyły na miejsce jako pierwsze, w tym Ladder 131 z Red Hook na Brooklynie (na zdjęciu w galerii), zostało zmiażdżonych przez spadające fragmenty konstrukcji. Sprzęt ratowniczy stał się cmentarzyskiem, a strażacy, mimo utraty łączności radiowej i braku widoczności, nie przerwali akcji. Przemieszczając się pośród ruin, w maskach z filtrem i ciężkim sprzętem, szukali jakichkolwiek oznak życia.
Cud w klatce schodowej B. Pisk czujników w ciemności
Kiedy wieże ulegały zawaleniu, strażacy przebywający wewnątrz budynków lub w ich bezpośrednim sąsiedztwie zostali zasypani tonami betonu i gryzącego pyłu. Jedną z najbardziej niezwykłych historii tamtego dnia były losy kapitana Jaya Jonasa i jego ludzi z jednostki FDNY Ladder 6. Wraz z ewakuowaną kobietą przebywali w klatce schodowej B Północnej Wieży, gdy budynek wokół nich zaczął się składać. Cudownie przeżyli zawalenie wieżowca.
- Leciał na nas szary pył, w którym nic nie było widać. Nie słyszeliśmy niczego poza przeraźliwym piskiem czujników bezruchu na aparacie każdego strażaka, który leżał pod gruzami
- wspominał kapitan Jay Jonas, którego wypowiedź można znaleźć w Bibliotece Kongresu USA.
Mowa o tzw. systemie PASS - małych urządzeniach montowanych przy aparatach oddechowych strażaków, które po 30 sekundach bezruchu ratownika emitują głośny, piskliwy sygnał alarmowy. W pierwszych minutach po zawaleniu wież strefę Ground Zero zalał ogłuszający pisk setek takich czujników, wskazujący miejsca, w których pod gruzami leżeli uwięzieni bohaterowie.
Dziesiątki ton dokumentów i zasypany radiowóz NYPD
Jednym z najbardziej przejmujących i symbolicznych widoków na miejscu tragedii była warstwa białego pyłu oraz miliony kartek papieru pokrywające ulice Dolnego Manhattanu. W ułamku sekundy wszystko, co było w biurach i gabinetach z ponad dwustu pięter spadła na ziemię.
Na fotografiach z okolic World Financial Center widać całkowicie zasypany radiowóz NYPD (New York City Police Department). Auto, otoczone porzuconymi dokumentami, segregatorami i zniszczonymi znakami drogowymi, ukazuje siłę podmuchu, który wymiótł wszystko z wnętrza budynków. Funkcjonariusze policji, sami pokryci pyłem betonowo-azbestowym, przeszukiwali ulice i przejścia podziemne, próbując ewakuować rannych przechodniów.
„To nie wyglądało jak Nowy Jork”. Wstrząsające słowa strażaka z Ground Zero
Oglądając archiwalne zdjęcia przedstawiające zniszczone radiowozy, zgniecione wozy bojowe i morze szarego pyłu na ulicach Manhattanu, trudno pojąć ogrom tej tragedii. Skalę apokalipsy, jaka rozegrała się na ziemi, najlepiej oddają jednak słowa tych, którzy weszli w sam środek tego piekła.
W oficjalnych archiwach nowojorskiej straży pożarnej zachowało się świadectwo Paula Walsha. To jeden ze strażaków, którzy prowadzili akcję ratunkową na Ground Zero tuż po zawaleniu się wież. W kilku prostych zdaniach ujął to, co czuli wszyscy ratownicy stojący w obliczu zniszczenia:
„To nie wyglądało jak Nowy Jork. Wyglądało to tak, jakby ktoś wziął całe miasto, zmielił je na drobny pył i rozsypał po ulicach.”
Szturm na szklane wieże. Medycy w American Express Tower
Zawalenie się wież-bliźniaków uszkodziło niemal wszystkie sąsiadujące budynki. Potężna fala uderzeniowa wybiła szyby i zdemolowała partery luksusowych wieżowców finansowych, w tym American Express Tower (na zdjęciu w galerii).
To właśnie tam ratownicy medyczni utworzyli improwizowane punkty pierwszej pomocy. Na archiwalnych kadrach widać medyków wbiegających przez wybite witryny sklepowe i okna biurowca z czerwonymi deskami ortopedycznymi oraz torbami reanimacyjnymi. Przeszukiwano każde pomieszczenie, hol i klatkę schodową, bo w pierwszych godzinach nikt nie wiedział, ile osób mogło schronić się wewnątrz sąsiednich budynków przed dławiącą chmurą dymu.
Bohaterowie z Port Authority. Służba, która zapłaciła najwyższą cenę
Pośród gruzowiska na zdjęciach wyraźnie odznaczają się porzucone i uszkodzone pojazdy PAPD (Port Authority Police Department). To formacja policyjna, która odpowiadała za bezpośrednie bezpieczeństwo całego kompleksu World Trade Center, a także mostów, tuneli i lotnisk w rejonie Nowego Jorku i New Jersey.
Dla Port Authority Police 11 września był najczarniejszym dniem w historii. Służba ta poniosła proporcjonalnie największe straty ze wszystkich jednostek mundurowych biorących udział w akcji - na Ground Zero zginęło aż 37 funkcjonariuszy PAPD, w tym sam szef policji Fred Morrone. Dzisiaj ich zasypane radiowozy i ciężarówki operacyjne stojące w gruzach są niemym świadectwem tamtego poświęcenia.
Prezentowane w galerii zdjęcia pochodzą m.in. z oficjalnych zbiorów Biblioteki Kongresu USA. W pierwszych dniach i tygodniach po zamachu agenci federalni, śledczy FBI oraz fotografowie rządowi wykonali dziesiątki tysięcy zdjęć na potrzeby dokumentacji zniszczeń, śledztwa oraz prac komisji rządowych.
Przez lata większość z tych kadrów spoczywała w tajnych lub trudno dostępnych bazach danych. Dopiero po latach, w wyniku wniosków o udostępnienie informacji publicznej oraz rocznicowych cyfryzacji zbiorów, światło dzienne ujrzały kadry ukazujące unikalne szczegóły z samego serca strefy zero.
Zdjęcia przypominają one o dramacie, jaki rozegrał się na ulicach Nowego Jorku 11 września 2001 roku.