To miała być uroczysta kolacja z udziałem prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zamiast politycznych przemówień i błysku fleszy pojawił się strach, chaos i paniczna ucieczka. Jak podał PAP, podczas gali Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu w hotelu Hilton w Waszyngtonie padły strzały. Prezydent Donald Trump został natychmiast ewakuowany przez Secret Service. Razem z nim z obiektu wyprowadzono pierwszą damę Melanię Trump, wiceprezydenta J.D. Vance’a oraz członków gabinetu.
Wśród uczestników wydarzenia był również charge d’affaires RP w USA Bogdan Klich, który opowiedział o dramatycznych chwilach.
Było kilka strzałów, one były bardzo blisko rzeczywiście. Można było mieć wrażenie, że one są oddawane z lobby na salę, ale okazuje się, że były oddawane w lobby, czyli że nie dosięgły nikogo, kto był na sali - powiedział Klich.
Jak relacjonował polski dyplomata, reakcja zgromadzonych była natychmiastowa.
Wszyscy padli na ziemię, niektórym udało się schować pod stoliki - mówił.
Na sali balowej znajdowali się najważniejsi ludzie amerykańskiej administracji, w tym sekretarz stanu Marco Rubio i szef Pentagonu Pete Hegseth, a także znani dziennikarze i politycy. To właśnie oni, w jednej chwili, musieli ratować się przed nieznanym zagrożeniem.
Bogdan Klich nie krył szoku po tym, czego był świadkiem.
To przekracza jakiekolwiek wyobrażenie - podkreślił, dodając, że jego zdaniem „takie rzeczy w Europie by się nie zdarzyły”.
Na razie nie wiadomo, co kierowało napastnikiem. Jak informuje PAP, uzbrojony w strzelbę mężczyzna próbował sforsować zabezpieczenia i oddał strzał w kierunku agenta Secret Service. Funkcjonariusz miał na sobie kamizelkę kuloodporną i został przewieziony do szpitala. Według agencji AP jego życiu nic nie zagraża.
Śledczy badają okoliczności ataku. Motyw sprawcy wciąż pozostaje tajemnicą. Jedno jest pewne – sobotni wieczór w Waszyngtonie przejdzie do historii jako jeden z najbardziej dramatycznych momentów ostatnich miesięcy w amerykańskiej polityce.