Katastrofa samolotu na Florydzie. Dziewięć osób nie żyje
Do tej tragedii doszło w niedzielę, 1 listopada około godz. 13 czasu lokalnego w miejscowości Greenacres w hrabstwie Palm Beach na Florydzie. Jak podaje „New York Post”, prywatny odrzutowiec Learjet 60 rozbił się na ulicy, blisko osiedla zamieszkałych przyczep kempingowych i domków.
Samolot wystartował z lotniska Austin-Bergstrom w Teksasie i leciał na Bahamy. Na pokładzie znajdowało się dziewięć osób. Amerykański minister transportu Sean Duffy potwierdził, że wszyscy zginęli.
Według doniesień amerykańskich mediów maszyna nagle wykonała ostry skręt w prawo, a następnie zaczęła gwałtownie spadać z wysokości około 2400 metrów. Przed uderzeniem w ziemię zahaczyła o drzewo i zerwała linie energetyczne.
Siła uderzenia była ogromna. Samolot eksplodował, a nad osiedlem pojawiła się wielka kula ognia i gęsty czarny dym. Uszkodzone zostały pobliskie domy. W ziemi powstał ogromny krater.
„Brzmiało to jak uderzenie rakiety”. Dramatyczne nagrania
Świadkowie opisywali potężny huk, który towarzyszył katastrofie. Jeden z nich porównał odgłos spadającego samolotu do uderzenia pocisku rakietowego.
Moment tragedii zarejestrowała kamera samochodowa. Na nagraniu widać, jak maszyna niemal pionowo spada na ziemię dziobem w dół i eksploduje.
Na miejsce natychmiast skierowano strażaków, policję i ratowników. Ewakuowano około 600 mieszkańców pobliskich domów. Według lokalnych władz nikt na ziemi nie został ranny.
Policja zamknęła okoliczne drogi i zaapelowała do kierowców o omijanie miejsca katastrofy.
Przyczyny tragedii nie są jeszcze znane. Dochodzenie prowadzi amerykańska Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu (NTSB) przy współpracy z Federalną Administracją Lotnictwa (FAA).