Separatyści z DRL oskarżają, że Zacharczenko zmarł w wyniku zamachu zaplanowanego przez ukraińskie władze. Co więcej, sądzą, że jego udana realizacja jest tylko wstępem do dalszych działań. Jeden z liderów separatystów Eduard Basurin jest przekonany, że już 14 września wojna na Ukrainie rozgorzeje ponownie z całą mocą. Jak stwierdził na stronie prorosyjskiej agencji DONi NEWS, to wtedy zaatakować mają ukraińskie wojska. Ofensywa ma rozpocząć się od strony Mariupola, gdzie według jego informacji, trwa wielka mobilizacja sił ukraińskich. Do ataku użyte być mają m.in. czołgi, transportery opancerzone, artyleria i wojska desantowe. Celem ofensyny miałoby być przejęcie Nowoazowska, dotarcie do granicy z Rosją a następnie okrążenie całej Donieckiej Republiki Ludowej.
Ołeksij Melnyk, ekspert z kijowskiego Centrum Razumkowa w rozmowie z "Rzeczpospolitą": - Jeżeli wojna wybuchnie na dużą skalę, to na pewno nie z winy Ukrainy. W Kijowie nikt nie podejmie takiej decyzji, ponieważ wiedzą, z czym to się wiąże. Zostalibyśmy oskarżeni o zerwanie porozumień mińskich i pojawiłoby się ryzyko zniesienia zachodnich sankcji wobec Rosji, które od tych porozumień są uzależnione.
Jakby tego było mało Moskwa grozi, że śmierć Zacharczenki sprawiła, że rozważa się tam zerwanie porozumień mińskich. Z drugiej strony dłużny nie poozostał prezydent Ukrainy. Petro Poroszenko oświadczył, że jego kraj "nie zrywa zawartego w 1997 roku traktatu o przyjaźni z Federacją Rosyjską, a jedynie go nie przedłuża".