Kto zarwał sobotnią noc, aby obejrzeć walkę Andrzeja Gołoty z Kevinem McBride'em, nie żałuje. Polak w końcu bowiem wygrał z groźnym rywalem, który ma na rozkładzie samego Mike'a Tysona.
Zanim jednak sędzia ringowy Arthur Mercante Jr podniósł do góry rękę Gołoty na znak zwycięstwa, było bardzo nerwowo. Polak był w pierwszej rundzie na skraju nokautu, w drugiej chwiał się jak osika po straszliwych ciosach irlandzkiego kolosa (198 cm, ponad 130 kg wagi). O dziwo, przetrwał bombardowanie.
Załatwił go szybkością
Od połowy drugiego starcia Gołota już panował w ringu. Rozluźnił się, był zdecydowanie szybszy od rywala, znakomicie szachował go lewym prostym. A cios, którym załatwił McBride'a w końcówce szóstej rundy, to był prawdziwy majstersztyk.
Niespodziewanie dla rywala Andrzej zmienił pozycję na odwrotną i wystrzelił straszliwą kontrą (lewy prosty). Pod Irlandczykiem ugięły się nogi, poleciał na liny. Gołota zasypał go serią uderzeń. Nie było na nie odpowiedzi i arbiter ringowy przerwał rywalizację.
- Kevin był zakręcony, przyjął wiele ciosów. Mógłby dalej walczyć, ale innego dnia - wyjaśniał swą decyzję Arthur Mercante Jr.
McBride miał kłopoty
Gdy Mercante przerwał walkę, do gongu na przerwę brakowało 18 sekund. McBride nie mógł się pogodzić z tą decyzją. - Nie, nie uważam, że sędzia powinien przerwać walkę. Miałem kłopoty z widzeniem na jedno oko. On mnie do końca nie zranił - zapewniał.
Gołota był po tym zwycięstwie w siódmym niebie. Po raz pierwszy w karierze wygrał bowiem w słynnej Madison Square Garden (poprzednio przegrywał tu z Riddickiem Bowe'em i Johnem Ruizem oraz remisowal z Chrisem Byrdem) i w końcu zdobył mistrzowski pas(ek). Nie mistrz świata, ale Ameryki Północnej IBF. Nie ma on wielkiego prestiżu, ale w zasadzie gwarantuje Polakowi piąty pojedynek o mistrzostwo świata.