Okazuje się świetnym rozmówcą. Nie unika odpowiedzi na kłopotliwe pytania. Na koniec prosi, żeby "Super Express" w jego imieniu pozdrowił wszystkich górników w Polsce. Barbórka lada dzień. - Rodziny górnicze mają rzetelność w genach. Nim słowo "solidarność" zrobiło karierę, solidarność wśród górników była na porządku dziennym. - mówi aktor.

 

- Pan, aktor, który kiedyś zagrał Hamleta, od kilku tygodni prowadzi "Koło fortuny". Po co to panu?

- To dla mnie kolejne spotkanie z telewizją, z którą jestem związany od wielu lat. Wygrałem casting i po miesiącu odebrałem telefon z propozycją prowadzenia "Koła fortuny". Program powstaje w gronie ludzi, z którymi znamy się i pracujemy od lat. Świetnie się bawię, a przy okazji odżywają wspomnienia z dzieciństwa, bo Wrocław, gdzie "Koło" jest nagrywane, to dla mnie miasto niezwykle ważne.

- Dlaczego?

- Ach, Wrocław! Tu jechałem po garniturek do pierwszej komunii. Tu jako 13-letni kawaler kupowałem swój pierwszy garnitur. Tu też kupowałem materiał na swój garnitur do ślubu (śmiech).

- Same garniturowe skojarzenia?

- (śmiech). Nie tylko. Nauczyciel języka polskiego Stachu Taszycki przywoził nas tutaj do teatru. Wizyta w "Laboratorium" u Jerzego Grotowskiego to było coś!

- Są tu ludzie, którym coś pan zawdzięcza?

- Nieżyjącemu już chirurgowi prof. Goprowskiemu zawdzięczam to, że w ogóle dziś rozmawiamy.

- Chodzi o złamany kręgosłup?

- Tak. W szóstej klasie podstawówki skoczyłem na główkę do jeziora. Po burzy zmieniło się dno i zaryłem głową. Miałem połamane kręgi szyjne. Na pytanie, co z moim kręgosłupem, profesor odpowiedział: "Masz chłopcze teraz pocerowany kręgosłup jak stary garnek".

- Urodził się pan 120 km stąd, w Nowej Rudzie w Kotlinie Kłodzkiej. To prawda, że miał pan zostać górnikiem?

- Mieszkałem kilometr od kopalni. Bardzo niebezpiecznej, bo z ogromnym stężeniem metanu. Wydobywano tam miał i łupek. Mama marzyła, żebym był sztygarem, bo sztygar to był ktoś. Chodził po kopalni w białym kasku, nie pchał wózków, nie robił kilofem i łopatą, tylko rozdzielał pracę. Mama chciała, żebym ciężko nie pracował.

- Był pan kiedyś pod ziemią?

- Na terenie kopalni bywałem prawie codziennie. Raz zjechałem i więcej nie chciałem. Przerażała mnie. Huk, ziąb. Pamiętam wybuchy, ginęli ludzie. Mam wielkie serce do górników, bardzo cenię ich trud i wysiłek, ale górnikiem być nie chciałem...

- Ale węgiel przerzucał pan własnymi rękoma?

- W domu mieliśmy węglowe piece. Nabierałem węgiel w wiadra i wrzucałem do komórki (nie mylić z telefonem komórkowym).

- Nikt tego węgla nie podkradał?

- Ani jednej bryły. To były inne czasy. Nie zamykało się mieszkań, buty stały na korytarzu. Mamy kupowały słoninę i topiły smalec. Na korytarzu też były spiżarki. Nie przelewało się, ale kradzież nigdy się nie zdarzyła.

- Co powiedziała mama, gdy dostał się pan do szkoły teatralnej?

- Uradowała się! Gorzej z tatą. Chciał, żebym został restauratorem i prowadził jakiś biznes.

- Pana życie zawodowe to ciągłe koło fortuny: raz lepiej, raz gorzej. "Taniec z gwiazdami" był przełomem?

- Na pewno tak. Nigdy nie tańczyłem publicznie tańców towarzyskich. A to oglądały miliony. Zyskałem nową umiejętność i zacząłem być inaczej postrzegany. Ludzie mnie pamiętali z Biesiady, Kabaretu Olgi Lipińskiej, a tu nagle okazało się, że Tyniec potrafi też tańczyć.

- Kciuki za pana trzymała Olga Lipińska, a nawet pomnikowy Gustaw Holoubek. Dlaczego panu kibicowali?

- Znamy się i wiedzieli, jakie mam podejście do pracy. "Jak się Tyniec za to wziął, to popatrzmy, bo może być ciekawie..." - pewnie pomyśleli. Tańczyłem, ale nieskromnie powiem, że udało mi się też ludzi wzruszyć. Dramaturgia tańca była równie ważna jak jego choreografia.

-ĘMówi pan o momencie, gdy opadły panu spodnie...

- (śmiech). W paso doble uderzyłem mocno o parkiet obcasem i nagle spodnie obsunęły mi się o jakieś 20 cm. Przetańczyliśmy do końca, ale obawa, że gacie mogą mi opaść, towarzyszyła mi przez cały taniec.

- Czy to prawda, że jeszcze przed kilku laty tańczył pan z córkami na ulicy?

- Tak. Błagały mnie: "Tato! Tato! Przestań!".

-Nagle nachodziła pana ta chęć do tańczenia? Idziecie sobie ulicą i co?

- Idziemy, a ja: raz, dwa, hopsasa! Obrót. Raz, dwa... I nagle słyszę: "Tato! Obciach. Tatooooooo!!!". Gdy usłyszałem groźbę, że nie będą ze mną wychodzić na spacery, przestałem.

- Czuje się pan aktorem spełnionym?

- Nie ma powodów do narzekań. Nauczyłem się cieszyć każdą chwilą. Przestałem się martwić na zapas, a nie zawsze tak podchodziłem do życia.

- Co pana trzyma przy życiu?

- Przekonanie, że ludzie w Polsce mogą być szczęśliwi i uśmiechnięci. Nie myślę tylko o sobie. Kiedyś myślałem - dziś myślę o innych. Sam życie sobie już jakoś poukładałem.

- Jest pan wziętym konferansjerem. Lubi pan tę pracę?

- Bardzo.

- Znany mim Ireneusz Krosny opowiadał mi kiedyś, że nigdy nie występuje, gdy jego widzowie jedzą? A pan?

- U mnie jest odwrotnie. Gdy ludzie jedzą, a po moim wejściu na scenę jeść przestają, to mam powody do radości.

- Uczył się pan tego gdzieś?

- W moim przypadku wszystko wynika z szacunku dla odbiorcy.

- A szanuje pan ludzi, którzy chcą zatrudnić pana jako wodzireja na weselu ich dzieci?

- Szanuję, ale nie przyjmuję takich propozycji.

- Może odrzucając propozycję poprowadzenia wesela, ominął pan możliwość uszczęśliwienia kilku osób?

- Z przyjemnością uczestniczę w weselach jako osoba prywatna, więc może za sprawą naszej rozmowy posypią się zaproszenia (śmiech).

Krzysztof Tyniec 51 lat, aktor

Mieszka w Warszawie na Saskiej Kępie

Żonaty, ma dwie córki Karolinę i Paulinę

Występował w słynnym Kabarecie Olgi Lipińskiej

W latach 90. gwiazda "Gali piosenki biesiadnej"

W parze z z tancerką Kamilą Kajak wygrał V edycję "Tańca z gwiazdami"

Jest gospodarzem teleturnieju "Koło fortuny"


Denerwuje Cię to? ZGŁOŚ SKARGĘ!