Wczoraj przed południem prezes Zagłębia, Robert Pietryszyn, wezwał do swojego gabinetu trenera Czesława Michniewicza. Szkoleniowiec przeczuwał, że może to nie być miła rozmowa. Zagłębiu bowiem w tym sezonie niezbyt się wiedzie. Z czterema zwycięstwami, czterema porażkami i trzema remisami zajmuje dopiero siódme miejsce w lidze. Zbyt niskie, jak na aspiracje klubu broniącego mistrzostwa Polski.
Wyników nie było
Zaraz po wejściu do gabinetu Michniewicz otrzymał pismo zwalniające go ze stanowiska trenera.
- Jedynym powodem zwolnienia Michniewicza były słabe wyniki. Jestem w stanie dużo przełknąć. Także wpadki medialne trenera, w tym akcję "Super Expressu", czy jego nieprzychylne wypowiedzi pod moim adresem. Ale pod warunkiem, że są wyniki, a ich od dawna nie było - tłumaczy "Super Expressowi" Pietryszyn.
To trochę się nie zgadza z informacjami, jakie do nas dotarły z dobrze poinformowanych źródeł. Według naszych informatorów decydowały nie tylko względy sportowe. Od dawna mówiło się, że Michniewiczowi i Pietryszynowi nie jest po drodze. Prezes coraz trudniej dogadywał się ze szkoleniowcem, nie zaprosił go nawet na własny ślub.
Nieuchronny konflikt
Gdy były sukcesy, nieporozumienia były wyciszane. Gdy ich zabrakło - konflikt był nieuchronny. Zwłaszcza że piłkarze, którzy uwierzyli, że są gwiazdami (Iwański, Chałbiński i Łobodziński), zaczęli grać trenerowi na nerwach, zamiast na boisku.
Można się spodziewać, że sprawa skończy się w sądzie. Trener Michniewicz nie chciał tego komentować. Nie bylibyśmy zdziwieni, gdyby już przygotowywał pozew sądowy o odszkodowanie za przedwczesne rozwiązanie kontraktu, który obowiązywał go do 2009 roku. Wysokość odszkodowania może przekroczyć milion złotych.