Obiecuję: nie będę już nigdy kradł

2007-11-28 19:32

Kradł samochody, czekoladki i wędliny w sklepie. Tłumaczy, że jak sobie wypił, to... nie mógł się powstrzymać. Teraz reporterom "Super Expressu" obiecuje poprawę.

Bogdana Sz. (35 l.) znają mysłowiccy policjanci i bywalcy miejscowego aresztu. Nieraz już tu wracał. W przestępczym fachu nie brakuje mu bowiem pomysłów.

Zaczął od samochodu

Swoją złodziejską karierę Bogdan Sz. rozpoczął 10 lat temu. Właśnie wtedy wyrzucono go z kopalni. Za picie. Od tego czasu żyje z dnia na dzień. I na bakier z prawem.

- Pierwszy raz wpadłem, jak ukradłem samochód - wzdycha mężczyzna. - W jednym warsztacie stał akurat volkswagen jetta. Właściciel zostawił go na przegląd. Zawsze marzyłem o takim aucie - rozmarza się pan Bogdan.

Plan był prosty. - Podałem się za syna właściciela. Zapłaciłem fakturę i spokojnie odjechałem. To było dziecinnie łatwe - przekonuje.

Na drugi dzień do mieszkania pana Bogdana zapukali policjanci. Za kratki trafił na półtora roku. - Odsiedziałem cały wyrok - podkreśla. - Ale swoje pojeździłem. Szkoda, że tak krótko... - dodaje ze smutkiem.

Wiertełka do kieszeni

Po wyjściu na wolność stwierdził, że złodziejstwo to jego powołanie. Zaczął gustować w drobniejszych przedmiotach. - Jak sobie popiłem i wchodziłem do sklepu, to po prostu nie mogłem się powstrzymać - przyznaje.

Choć mieszka w Katowicach, na swoje złodziejskie występy wybrał sąsiednie Mysłowice. - Tu mam dużo znajomych. I dziewczyny są fajne - puszcza porozumiewawczo oko.

Twierdzi, że kiedyś ojciec załatwił mu niezłą pracę. Miał być magazynierem w hucie. - Ale wolałem nie ryzykować - śmieje się Bogdan Sz. - Te wszystkie wiertełka i śrubki aż się proszą, żeby je schować do kieszeni. Nie chciałem przynieść ojcu wstydu - tłumaczy.

Został więc pomocnikiem murarza. I kradł dalej...

Fałszywy agent

Kilka tygodni temu pojawił się w mysłowickim przedszkolu. Podał się za agenta CBŚ, który prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa. Gdy dyrektorka zdemaskowała przebierańca, uciekł do pobliskiej szkoły. Tam wpadł w ręce policjantów.

Dwa dni później ochroniarze w hipermarkecie przyłapali go na kradzieży 20 mlecznych czekolad. Dostał 7 dni odsiadki. - Te czekolady miały być dla znajomej. Wybrałem nie byle jakie. Takich po 2 złote bym nie tknął - przekonuje.

- Jak zatrzymała mnie pani z ochrony, mogłem uciec, ale nie będę się szarpał z kobietą. Mam swoje zasady - podkreśla.

Z tygodniowego aresztu jest nawet zadowolony. - Kiedy wychodziłem, dostałem nową kurtkę, buty i 20 złotych na start - zaznacza.

Długo wolnością się nie cieszył. Wpadł za kradzież szynki w Biedronce. - W większości sklepów w mieście jestem już spalony - mówi z rozbrajającą szczerością.

Czas na zmiany

Teraz Bogdan Sz. ma odpracować społecznie kilkanaście godzin w domu dziecka. Zapowiada, że przyszedł czas na zmiany. - Nigdy już niczego nie ukradnę - zapewnia naszych reporterów, podnosząc dłoń jak do przysięgi. - Przepraszam wszystkich, których okradłem, i panią z przedszkola za tego fałszywego agenta - dodaje.

Przekonamy się, na ile wystarczy mu silnej woli...

Aspirant sztabowy Ryszard Padewski z mysŁowickiej policji:

Nie wierzę Bogdanowi Sz.

- Znam tego pana od lat. Kiedyś pracował w kiosku z papierosami i... ukradł papierosy. Prowadziłem tę sprawę. Podchodziłbym do deklaracji tego człowieka sceptycznie. Zwykle zaczyna się od drobnych kradzieży, a potem spirala się nakręca i nie można z tym skończyć. Przebudzenie następuje zbyt późno i z reguły już za kratkami.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki