To on stworzył Pitbulla

2007-11-15 20:13

Z reżyserem Patrykiem Vegą (30 l.) spotkałam się dwa razy. Po raz pierwszy na planie serialu "Twarzą w twarz". Tam zaprasza mnie do swojego "sztabu dowodzenia". Traktuję to jak wyróżnienie, ale rozmowa się nie klei.

Na moje pytania odpowiada jak automat. Bardziej zaabsorbowany jest tym, co widzi na monitorach. Nie poddaję się i umawiamy się na kolejne spotkanie, tym razem przy porannej kawie. Vega zarzeka się, że jest skryty, że trudno będzie mi z niego coś wydobyć. Ale mam wrażenie, że "Super Expressowi" opowiedział o sobie więcej niż najbliższej kobiecie...

Patryk Vega reżyser i scenarzysta

ur. 2 stycznia 1977 w Warszawie

absolwent socjologii w Collegium Civitas w Warszawie

"Twarzą w twarz" (serial telewizyjny), 2007 r. - scenariusz i reżyseria

"Pitbull" (film fabularny i serial telewizyjny), 2005 r. - scenariusz i reżyseria

"Kryminalni", 2005 r. - reżyseria

"Pierwszy milion" - scenariusz

"Prawdziwe psy" - scenariusz i reżyseria

- Jak długą drogę pokonałeś, zanim zasiadłeś na krześle z napisem: reżyser Patryk Vega?

- Robienia filmów nauczyłem się na planie, zaczynałem od przenoszenia sprzętów. Byłem nawet mikrofoniarzem na planie "Klanu".

- Nie chciałeś studiować reżyserii?

- Po rozmowach z kolegami, którzy kończyli łódzką filmówkę, byłem przeświadczony, że to nie jest szkoła dla mnie. Mimo to wybrałem się na egzamin wstępny, który okazał się zupełnie paranoiczny. Ugruntował moje przekonanie, że szkoła filmowa nie jest mi do niczego potrzebna.

- Reżyserski chrzest bojowy przeszedłeś na planie "Pitbulla"...

- Kiedy zaczynałem pracę nad "Pitbullem", nie wiedziałem nawet, jak się wydaje komendy, jak się pracuje z aktorami. Robiłem to intuicyjnie. Początkowo bałem się, że zrobię z siebie idiotę. Ale potem zachwyceni aktorzy zaczęli mi mówić, że nikt z nimi tak nie pracuje. Z aktorem trzeba przecież rozmawiać! To najciekawsza część reżyserii. Zrozumiałem to, gdy tylko rozpocząłem pracę ze wspaniałymi aktorami, jak Gajos, Grabowski czy Stroiński.

- Po męskim "Pitbullu" przyszedł czas na "Twarzą w twarz", czyli serial dla kobiet?

- Wszyscy się spodziewali, że przez następne 20 lat będę robił mroczne, męskie kino. Ale ja chcę robić też inne filmy. Historyczne, science fiction, animowane czy też kino dla kobiet.

- Dlaczego wybrałeś Magdalenę Walach i Pawła Małaszyńskiego na odtwórców ról głównych bohaterów?

- Od początku wiedziałem, że nie mogę szukać osobno kogoś do roli Marty albo Wiktora. Tu ważna była para i chemia między nimi. Kiedy spotkałem się z Magdą i Pawłem, nie miałem wątpliwości, że to oni powinni zagrać parę serialowych kochanków. Odbierali na tych samych falach, wiedziałem, że na ekranie też będzie między nimi iskrzyć.

- Obserwowałam waszą wspólną pracę. Miałam wrażenie, że odnosisz się do Pawła Małaszyńskiego z góryÉ

- Na początku nie wiedziałem, jakim Paweł jest człowiekiem, ale okazało się, że to świetny facet, który nie ma poprzestawiane w głowie na swoim punkcie. Jest naprawdę równym gościem i podobnie jak ja dąży do perfekcji. W każdej scenie daje z siebie wszystko. Wzajemnie się nakręcamy.

- Aż mi się nie chce wierzyć, że Patryk Vega pozwala na dialog na planieÉ

- Ja dopuszczam wszystkie dobre pomysły. To film nie znosi demokracji.

- Niedawno razem z Pawłem Małaszyńskim mieliście groźny wypadek. Mogłeś go nawet nie przeżyć! Co wtedy czułeś?

- To nie był mój pierwszy wypadek. Przeżyłem już jeden jako dziecko. Moja mama nie potrafiła jeździć, a wujek nieroztropnie pozwolił jej w lesie usiąść za kółkiem. Matka wcisnęła gaz do dechy. Zrobiła slalom między drzewami i w końcu wylądowaliśmy na jednym z nich. Jeśli mam być szczery, to jestem zachwycony, że zaliczyłem taki wypadek.

- Zachwycony?!

- Tak, bo to kolejne niezwykłe doświadczenie, które będę mógł wykorzystać w filmie. Przeżyłem wcześniej kilka równie ekscytujących sytuacji, między innymi strzelaninę na ulicy. Byłem w Tajlandii podczas tsunami. Zawsze towarzyszyło temu poczucie, że doświadczam czegoś absolutnie wyjątkowego.

- Jak to możliwe, że samouk tak świetnie spisuje się za kamerą?

- Od dziecka myślałem obrazami. Obejrzałem absurdalnie wielką liczbę filmów. Kiedy na coś patrzyłem, wyobrażałem sobie, że to kadr z filmu. W wieku 13 lat postanowiłem, że zostanę reżyserem. Dwa lata później zająłem się animacją i zrobiłem trójwymiarową czołówkę do programu "5, 10, 15".

- Naprawdę wolałeś to, niż kopanie piłki z rówieśnikami?

- Bardzo wcześnie zacząłem się odklejać od moich równolatków. Pracowałem od 13. roku życia, handlując pirackim oprogramowaniem na giełdzie komputerowej. Zarabiałem w jeden weekend dwie pensje krajowe, a moi rówieśnicy mieli tylko kieszonkowe. I przestali się ze mną zadawać. Myślę, że mnie nie lubili.

- Teraz też nie masz dobrej opinii.

- W stosunku do innych jestem bardzo nieufny i skryty. Mam mechanizm , który wyłapuje u ludzi najpierw ich negatywne cechy i słabości. To pozwala nimi manipulować. Często słyszę od życzliwych mi osób, że ludzie się mnie boją.

- To przecież straszne!

- Próbuję się tego oduczyć, ale przez lata władowałem się w pracoholizm. Pracowałem po siedem dni w tygodniu. Przez wiele lat nie miałem wakacji. Doszedłem do takiego punktu, w którym rodzinne święta wydawały mi się stratą czasu. Teraz staram się bawić i spełniać marzenia, na które kiedyś nie miałem czasu.

- Co to za marzenia?

- Podróże. Zarabiam właściwie po to, by zwiedzać świat. Wyjeżdżam kilka razy w roku. Teraz lecę na Polinezję... Ale nie potrafię jeszcze dobrze wypoczywać. Dopiero po tygodniu przestaję myśleć o pracy.

- Podróżujesz samotnie?

- Kilka razy wyjechałem sam, ale było to bardzo dołujące. W ogóle nie wychodziłem z pokoju hotelowego. Teraz, jeśli wyjeżdżam, to w damskim towarzystwie. Ale mam też w planie męską wyprawę do Tajlandii.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki