I choć rozpaczliwe skomlenie psa słyszeli wszyscy, a pani Dorota błagała obsługę, by wypuszczono z luku jej psa, to nikogo to nie ruszało. Jej ukochany pies zdechł.
Trudno sobie wyobrazić, jak bardzo cierpiał biedny Billy. Pani Dorota kupiła mu specjalną klatkę i pół roku wcześniej zarezerwowała bilet w samolocie. Wszystko po to, by podróż z Rzymu do Wrocławia minęła jej ukochanemu psu jak najprzyjemniej. Po siedmiu latach pracy w Neapolu pani Dorota wracała na stałe do Polski. Z nią miał przylecieć Billy. - Ten pies był dla mnie jak dziecko. Brałam go ze sobą nawet do pracy, a on odwzajemniał się prawdziwą miłością - płacze kobieta.
Błagała, by go wypuścili
Dramat rozpoczął się już na rzymskim lotnisku. - Siedzieliśmy w samolocie, kiedy okazało się, że będziemy mieć 2,5 godziny opóźnienia, a upał na zewnątrz przekraczał 40 stopni w cieniu - opowiada pani Dorota. Billy, zapakowany do klatki wciśniętej między walizy, cierpiał katusze.
Rozpaczliwe skomlenie i szczekanie psa słychać było w samolocie. - Nie mogłam tego znieść. Wiedziałam, że dzieje się z nim coś złego. Błagałam, aby go na chwilę wypuścili, dali wody, ale bez skutku - łka kobieta.
Po jakimś czasie szczekanie ustało. Na wrocławskim lotnisku panią Dorotę poinformowano, że jej pies nie żyje.
Nie daruję im tego
- Byłam w szoku, przez kilka godzin nie mogłam się uspokoić - mówi Dorota Kułyna.
Polski przewoźnik nie poczuwa się do winy.
- Jest nam bardzo przykro z powodu śmierci pieska, ale z naszej strony nie doszło do żadnych uchybień. Obsługa samolotu słyszała szczekanie psa, ale nie było to ujadanie, mogące budzić obawy o jego zdrowie - mówi Kamil Wnuk, rzecznik Centralwings.
Dorota Kułyna postanowiła, że nie daruje okrucieństwa, które zgotowano jej zwierzęciu. - Wynajęłam prawnika, który złożył już sprawę do sądu - mówi.