W sobotniej (24 stycznia) rozmowie z TVN24 dziennikarz przyznał: – Chyba nie oglądałem w swojej trzydziestoletniej pracy podobnych obrazków. Patora opisał chaos podczas zatrzymania i dramatyczną akcję ratunkową w karetce: – To, co się działo w karetce, było jeszcze gorsze.
Do tragedii doszło 4 stycznia 2024 roku. Policjanci z bydgoskiej prewencji zauważyli Olka i jego młodszego kolegę przy przejściu dla pieszych. 17-latek został zatrzymany po krótkim pościgu, a Olek, uciekając, próbował przeskoczyć przez ogrodzenie liceum. – Na tym ogrodzeniu były metalowe pręty i Olek się po prostu na jeden z nich nadział, rozrywając sobie tętnicę udową – relacjonował Patora.
Mimo krwawienia, nastolatek przez kilkanaście minut nie otrzymywał skutecznej pomocy. Ratownicy wycierali sobie ręce ubraniem chłopca, a rurka intubacyjna została wprowadzona do przełyku zamiast tchawicy. – Tutaj tego urządzenia nie było i przez kilkanaście minut tłoczono powietrze zamiast do tchawicy chłopca, to do przełyku. Skutek mógł być tylko jeden, Olek zmarł – dodał dziennikarz.
Przypomnijmy - dzień po emisji reportażu szpital zwolnił całą załogę karetki i wydał oświadczenie. Podkreślono w nim, że nagrania ujawnione w mediach wcześniej nie były w dyspozycji placówki. „(...) Po przeanalizowaniu zgromadzonych materiałów Dyrekcja Szpitala podjęła decyzję o natychmiastowym rozwiązaniu umów z personelem Zespołu Ratownictwa Medycznego biorącym udział w tym zdarzeniu (...)” – czytamy w oświadczeniu.
Patora ocenił to jako „kuriozalne”, wskazując, że placówka powołała się tylko na nagranie z monitoringu karetki, nie znając materiałów z kamer policji.
W sobotę, 31 stycznia o godzinie 16 w Grudziądzu odbędzie się Marsz dla Olka, a 24 marca rozpocznie się proces sądowy kierownika zespołu ratowniczego w sprawie jego śmierci - podaje TVN 24.